Serdecznie zapraszam na mojego nowego bloga KLIK :)
Przepraszam, ale z wyższych przyczyn nie mogę kontynuować tego bloga, być może za 2-3 lata będziecie mogli skończyć czytanie historii Turkusowego Anioła w mojej debiutanckiej książce, nad którą pracuje :) Póki co zapraszam na http://vineal.blogspot.com/.
Turkusowy Anioł
sobota, 13 grudnia 2014
czwartek, 23 października 2014
Info :>
Kochane Aniołki!
Bardzo przepraszam za brak dalszych rozdziałów, czegokolwiek.
Jedyny powód - brak czasu.
Szkoła, zbliżające się egzaminy itp.
To wszystko nie pozwala mi pisać.
Postaram się reaktywować blog w święta Bożego Narodzenia, ferie.
Trzymajcie się cieplutko ;*
A.M.Black
Bardzo przepraszam za brak dalszych rozdziałów, czegokolwiek.
Jedyny powód - brak czasu.
Szkoła, zbliżające się egzaminy itp.
To wszystko nie pozwala mi pisać.
Postaram się reaktywować blog w święta Bożego Narodzenia, ferie.
Trzymajcie się cieplutko ;*
A.M.Black
sobota, 6 września 2014
#9 Życie lub śmierć.
Odwróciła się zbyt gwałtownie i straciła równowagę.
Zacisnęła mocniej powieki, bo wiedziała co ją czeka… Poczuła dziwne uczucie w
żołądku. Zaraz spadnie, roztrzaska się o ziemię…Umrze…
W tym jednym ułamku sekundy wyszukała wspomnienie, które
miało towarzyszyć jej do końca. Było świeże, piękne i godne, aby być tym
ostatnim. Jednak zanim w jej głowie rozbrzmiał głos Xaviera poczuła silny ból w
obu łokciach. Szarpnięcie było tak silne, że kompletnie wyrwało ją z otumanienia.
Płomień ogniska rozświetlał ich kontury. Kevin i Xavier
trzymali drobną Michael za przedramiona. Zobaczyła turkusowy wzrok, a obok
jasno-błękitny. Ze strachu kurczowo wbiła paznokcie w ich muskularne ręce. Jej oczy
zaszły łzami, roztrzęsiona czekała, aż ją wyciągną z tego piekła. Jednak oni
się nie spieszyli…
- Ile? – spytał Xavier, nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
Doskonale zauważył w jej oczach paniczny strach.
- Jeszcze nie czas, Xavier, ostatnio wskazywała styczeń –
odpowiedział.
Ona dalej nic nie rozumiała, tylko panicznie wbijała w nich
paznokcie, chcąc się ratować. Byli panami jej losu. Mogli skazać ją na śmierć w
każdej chwili.
- Dziś jest twój szczęśliwy dzień, Mała Mi – wyszeptał Xavier
i obaj wciągnęli dziewczynę na urwisko.
Po całej zaistniałej sytuacji Remi wybuchnęła
panicznym płaczem. Łzy pozostawiały czarne smugi tuszu na jej porcelanowej
twarzy. Gdy Kevin chciał pomóc jej wstać, wystraszyła się śmiertelnie i
odskoczyła wprost w ramiona Amy.
- Spokojnie Remi, wszystko jest dobrze, Xavier i Kevin Cię
wyciągnęli, chwała Bogu – powiedziała cicho i również zaczęła płakać.
Michael nie potrafiła się opanować, wciąż drżała. Nie
wiedziała, co miał znaczyć ten cholerny dialog, gdy wisiała nad przepaścią,
zdana na ich łaskę.
- Chodź, Xavier zawiezie Cię do domu…- szepnęła Amy,
pociągając lekko dziewczynę w stronę auta.
- Nie…- szepnęła Michael, z oczami pełnymi łez, jednak blond
piękność nie dosłyszała tego.
Zanim się obejrzała już siedziała na przednim siedzeniu. Do
auta wsiadł turkusowooki. Westchnął, widząc, w jakim stanie jest jego
koleżanka. Doskonale wiedział, ze teraz śmiertelnie boi się jego osoby, po
słowach, które wypowiedział. Nie miał innego wyjścia…
Przekręcił kluczyk i ruszyli w drogę. Przez chwilę ignorował
szloch Revens, jednak po pewnym czasie zatrzymał auto.
Spojrzał na nią. Miała rozmazany makijaż, napuchnięte
policzki, zdarty fioletowy lakier i skrzące się oczy, od łez. Mimo tego
okropnego opisu, nadal miała to coś, swoje specyficzne piękno.
Wystraszyła się tego nagłego zatrzymania i już była gotowa
szarpnąć za klamkę auta i uciec od tego strasznego człowieka, który w jej
oczach gotowy był pozwolić jej spaść.
- Spokojnie Michael – powiedział kojącym tonem, na co
zaczekała chwile z ucieczką. – Musisz się uspokoić, nie możesz wrócić taka do
domu – stwierdził i w głębi ducha przyznała mu rację, jednak dalej milczała. –
Chodź, pokażę Ci coś – dodał.
Zauważył w jej wzroku iskrę nieufności.
- Nic Ci nie zrobię, przysięgam, chcę Ci wyjaśnić kilka
rzeczy. – Nie poznała jego głosu, w tym momencie był tak spokojny, melodyjny,
że zdawało się, że jej to wyśpiewał.
- Dlaczego nie możesz wyjaśnić mi tu? – spytała, a jej głos
drżał.
- Chcę Ci pokazać pewne miejsce, gdy chcę się uspokoić,
wtedy idę właśnie tam – wyjaśnił.
Szli przez las, wąską ścieżką, w milczeniu. Michael co
chwile potykała się o wystające korzenie. Usłyszała kpiący śmiech Xaviera.
- Jesteś najbardziej irytującym człowiekiem na świecie –
warknęła.
- Ktoś tu przeszedł z fazy płaczu do fazy gniewu –
skomentował, unosząc brwi.
- Jest noc, nic nie widzę i idę przez las z człowiekiem,
który chciał pozwolić mi zginąć – prychnęła.
Zatrzymał ją pewnym ruchem dłoni, po czym ustawił przed sobą
jak małą laleczkę tak, aby mogła widzieć jego oczy.
- Nigdy Revens nie pozwoliłbym Ci zginąć – wypowiedział bardzo
dobitnie.
- Twoje słowa w tamtym czasie sugerują coś innego, Lockwood –
warknęła, mrużąc oczy.
`- Właź – burknął, wskazując ręką miejsce.
Dopiero teraz zauważyła ogromną wieżę widokową. Była bardzo wysoka.
Revens sprytnie wspięła się po stromych schodkach na najwyższy balkon. Dopiero
teraz zrozumiała, o co chodziło Aniołowi Śmierci. Widok zapierał dech w
piersiach. Ciemne niebo, usiane gwiazdami, a na środku królował jaśniejący księżyc,
oświetlający ciemny las. Zauważyła dużo małych jeziorek i rzekę, które iskrzyły w księżycowym blasku.
Była wniebowzięta. Usiadła po turecku na drewnianej posadzce, przewiesiła ręce
przez belkę i upijała się widokiem. Niedaleko niej, ale w bezpiecznej odległości przysiadł Xavier.
- Niesamowicie, nie?
- Tak – odpowiedziała Michael, zerkając na niego. Był jedną,
wielką zagadką. Aspołeczny, który toleruje bliskość tylko jednej osoby – jej. Zastanawiała
się o co chodzi w tej całej sprawie. Atak, walka, upadek…Wszystko było zagadką.
- Wierzysz w magię Michael? – spytał, a owe pytanie
kompletnie ją zaskoczyło.
- Słucham?
- Czy wierzysz w magie, Michael? – Uwielbiała sposób w jaki
wypowiadał jej imię.
- Nie – odpowiedziała sucho. – Możesz nie owijać w bawełnę
tylko wyjaśnić mi to wszystko? Te wszystkie tajemnice?
- Nie, jeśli nie wierzysz w magię – zaśmiał się.
- Jesteś niemożliwy, Xavier Lockwood – burknęła, kręcąc
głową na znak dezaprobaty.
- Niedługo staniesz przed czymś, na co być może nie będziesz
gotowa – szepnął, a gdy zwróciła oczy w jego stronę, patrzał głęboko przed
siebie.
- Jeśli mi powiesz co to takiego – będę – odparła, dumnie
podnosząc głowę.
- Wierzysz w magię Michael? – Pytanie powtórzyło się.
- Nigdy nie miałam z nią do czynienia – odpowiedziała nieco
inaczej.
- Niedługo będziesz.
- Jesteś śmieszny, powiedz mi prosto z mostu, o co chodzi –
pisnęła zrezygnowana.
- Wierzysz w siły nadprzyrodzone, anioły, miałaś kiedyś
jakieś dziwne sytuacje w życiu, coś nienormalnego? Nic się nie działo? – Te pytania
powoli zaczęły się dla niej robić straszne.
- Nie, moje życie jest ekstremalnie normalne, ja też jestem
ekstremalnie normalna – wyjaśniła, patrząc mu prosto w oczy.
- Błąd Mała Mi, nie jesteś zwykłą szesnastolatką – mruknął.
- To kim jestem?
- Nie mogę Ci powiedzieć wszystkiego, ale niedługo sama się
dowiesz, obiecuję Ci. Póki co muszę dbać o Twoje bezpieczeństwo.
- nie musisz mnie pilnować jak dziecka! – zaperzyła się.
- Przekonałaś mnie, zwłaszcza dzisiejszą nierozwagą –
powiedział głośnym sarkazmem.
-„ Ostatnio wskazywała styczeń”. Co to oznacza?
- Nie mogę powiedzieć.
- JEST COKOLWIEK CO MOŻESZ MI WYJAŚNIĆ?! – wydarła się.
- Owszem – powiedział spokojnie, przez co jeszcze bardziej
się wzburzyła. – Zamknij oczy.
- Nie.
- Zamknij je do cholery! – warknął.
Wystraszyła się nieco, ale posłusznie zacisnęła powieki.
Spodziewała się czegoś w rodzaju wywieszenia przez belkę w celu zastraszenia
lub nagłego zawału, ale nie tego…
Usłyszała, że wstaje z miejsca i siada blisko niej. Czuła
jego oddech na swojej twarzy. Rozgrzane powietrze obijało się o jej policzki, poharatane
czarnymi smugami.
- Wierzysz w anioła stróża, Michael? – szepnął melodyjnym
głosem, a po jej ciele przepłynął
dreszcz.
- Gdyby nie on, chyba już bym nie żyła, prawda? – spytała szeptem.
- Słuszny wniosek – mruknął.
Pachniał drogą wodą kolońską. Wyczuła ten delikatny zapach,
gdy zbliżył się do niej na kilka centymetrów. Uchyliła lekko powieki, aby
zobaczyć turkusowe odbicia i nie zawiodła się. W świetle księżyca były jeszcze
piękniejsze. Wpatrywały się w nią z wielką niewiadomą, poszukując w jej
szmaragdowo-szarych przyzwolenia.
- Wierzysz w magię, Michael Revens? – spytał, a gdy
wypowiadał te słowa wyczuła jak jego wargi lekko muskają jej.
- Zaraz się przekonam – powiedziała równie cicho, co on.
Obchodził się z nią jak z szklaną figurką. Każdy ruch był
delikatny, wyważony, jakby nie chciał jej uszkodzić. Starał się być
perfekcyjny, chociaż dla niej był w stu procentach. Musnął jej dolną wargę,
delikatnie, jako ostrzeżenie, po czym wziął ją w swoje miękkie usta. Poczuła,
ze świat wokół niej wiruje, zdawało się jej, że lata, unosi się w jakiejś
magicznej przestrzeni, którą dla niej stworzył. Jego silna dłoń leciutko
gładziła napuchnięty policzek. Czuła jak poprzez pocałunek wlewa w nią jakąś
dziwną, monumentalną energię, która rozchodziła się po całym jej ciele. Gdy
powoli odrywał się od niej, zdesperowana przysunęła się w jego stronę, chcąc
więcej. Wiatr rozwiewał im włosy, gdy tonęli w gorącym pocałunku, a ręce
błądziły, poznając ciało przeciwnej osoby. W końcu Xavier odsunął się lekko.
Revens otworzyła oczy i lekko się zawstydziła.
- Mała Mi dobrze całuje, no proszę – zaśmiał się.
- Och, przymknij się! – zawtórowała mu śmiechem i potargała
mu włosy.
- Wracamy? – zaproponował.
- Tak, mama mnie zabije za to spóźnienie. – Schowała twarz w
dłonie. – Pewnie wyglądam jak zmora.
- Przesadzasz – odpowiedział.
- To zostaje między nami? – spytała, patrząc na niego.
- Są jeszcze gwiazdy, ale myślę, ze nikomu nie powiedzą –
uśmiechnął się.
- Tak poza tym, masz piękny głos – przyznała.
- Chodźmy już, bo zaczynasz majaczyć – prychnął, okrywając
ją swoją bluzą.
~*~
Nazajutrz w dobrym nastroju spędzała czas z Amy w parku.
Sobotnie popołudnie rozkosznie częstowało ich ciepłym słońcem.
- Wczoraj myślałam, że zginiesz, całe szczęście, że chłopaki
w porę Cię wyciągnęli – powiedziała Amy.
- Tak, miałam szczęście – odparła, karmiąc Avisa
ciasteczkami.
- Xavier odwiózł Cię spokojnie do domu? – spytała blondynka,
podkurczając nogi pod siebie, siedząc na ławeczce.
- Można tak powiedzieć – Michael uśmiechnęła się tajemniczo.
- Całowaliście się? – spytała.
- Co?! Co…eee…nieeee – zaprzeczała Revens.
- Nie oszukasz mnie – odparła, kłując koleżankę w boczki.
- Przestań, no dobra, pocałował mnie, wielkie halo –
zaśmiała się. – Tylko błagam, nikomu nie mów – zapiszczała.
- Oczywiście – przytaknęła. – Od razu wiedziałam, że w końcu
do tego dojdzie, tym razem chce być pierwszy…
- Co? – spytała zaciekawiona Remi.
- Oj, niepotrzebnie gadałam…
- Zaraz mi wszystko wyjaśnisz – mruknęła Revens i podbiegła
do Kevina, który szedł nieopodal, ze słuchawkami w uszach.
- Cześć – powiedziała wesoło, podbiegając do brązowowłosego.
- O, to Ty – mruknął. – Cześć.
- Chciałam Ci podziękować za uratowanie życia, wczoraj – oznajmiła
cicho.
- Nie zrobiłbym tego, gdybym wiedział, że zachowasz się tak
głupio i dasz się nabrać na gry Xaviera – powiedział oschle.
- Słucham?
- Przejrzyj na oczy, Revens, zanim będzie za późno. – Ominął ją i
odszedł.
Wreszcie scena romantyczna xD Zagadki, zagadki, ale niedługo to wszystko się rozwikła :)
Liczę na bogate komentarze <3 :D Kocham i pozdrawiam. A.M.Black
sobota, 30 sierpnia 2014
#8 Festyn, urwisko i głos Anioła.
Rano czekała ją zaskakująca wiadomość. Wraz z
powiadomieniami przyszedł jej sms na komórkę od Amy.
Kochana, dzisiaj urządzamy ognisko na urwisku J Musisz być <3 Będą
sami znajomi.
Z uśmiechem na twarzy wychodziła z domu, aby udać się do
szkoły.Piątek…Bardzo lubiła ten dzień. Jednak radość z jej twarzy nagle znikła,
a na jej miejsce wszedł widok Kevina. Stał na drugim końcu ulicy, machając do
niej ręką. Odmachała i z odwagą podeszła w jego stronę. Doskonale wiedziała, że
siła, jaką posiadał mogłaby ją zabić. Była przecież niziutka, chudziutka, ale
mimo to zadziorna i zaczepiarska.
- Cześć Kevin – zaczęła pierwsza, wymuszając uśmiech.
- Hej Remi – odpowiedział mniej entuzjastycznie.
- Chciałeś o czymś porozmawiać…- przypomniała, gdy szli.
- Oczywiście, już mówię o co chodzi…
W tym momencie Xavier ominął ich bez słowa, posyłając Remi
tajemnicze spojrzenie, jakby chciał jej przekazać jakąś ważną wiadomość.
- Dziwny jest. – Michael nie odpowiedziała na ten komentarz
Kevina, jednak skwitowała to nieprzyjemnym spojrzeniem. – Chodzi o to, że pod
koniec miesiąca będzie festyn i mój kuzyn przyjeżdża z kapelą, nie chciałabyś
pójść ze mną? – Ostatnie słowa pytania, wymówił przyciszonym głosem.
- Jeśli będę mogła, to z przyjemnością – odpowiedziała,
patrząc jak Xavier znika za rogiem uliczki, przez co jej ton mógłby się wydawać
nieco rozmarzony, bądź nieobecny.
Przed oczami zatrzymał jej się obraz, w którym Kevin uderza
Xaviera w zranione miejsce, przykryte bandażem. Mimowolnie odsunęła się od
niego, czując zagrożenie. Pożegnali się w szatni i Michael trafiła w objęcia
Amy.
- Dostałaś wiadomość? – spytała, gdy wchodziły do klasy na
matematykę.
- Tak, mama się zgodziła, ale o 21.00 mam być w domu –
oznajmiła, siadając na ławce.
- To cudownie! Będzie ognisko, pianki…- Michael nie słuchała
dalej podnieconego głosu koleżanki, skupiła się na Xavierze. Ubrany w czarną
bluzę z metalowym zespołem, wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem, po czym
spuścił go w ekran swojego telefonu.
Poczuła dzikie wibracje w swojej kieszeni. Ze zdziwieniem
odczytała:
„Nie powinnaś tego widzieć tamtej nocy. Kevin nigdy nie
zrobi Ci krzywdy, nie masz powodów do obaw.”
Zmarszczyła brwi i spojrzała na Anioła Śmierci. Dał jej znak
spojrzeniem, aby nie gapiła się jak w malowane wrota.
Była zdziwiona, że ów człowiek, z którym nie była w
przyjaznych relacjach, znał jej numer telefonu. Nic nie rozumiała z tego
wszystkiego. Lockwood zostaje dotkliwie pobity na ringu, a teraz wstawia się za
wrogiem. Zdecydowała, że nikomu nie ufa. Wszyscy mają przed nią jakieś chore
tajemnice, sekrety…Miała po prostu dość.
- Remi, słuchasz mnie?! – spytała Amy.
- Oczywiście – skłamała i usiadła normalnie w ławce, bo
zadzwonił dzwonek.
~*~
Dzień w szkole minął w miarę szybko. Czekała w domu, aż Amy
odbierze ją i pojadą nad urwisko. Nigdy nie była w tym miejscu, toteż była
bardzo ciekawa jak wygląda. Usłyszała trąbnięcie samochodu i z ciekawością
wyjrzała za okno. Na podjeździe stał czerwony citroen c4. Zauważyła, że piękna
blondynka wysiada i wchodzi na podwórko.
- Cześć Amy! – Michael zawołała entuzjastycznie, wychodząc z
domu.
- Xavier nas podwiezie, wziął auto od ojca – wyjaśniła, łapiąc
dziewczynę za rękę, po czym pociągnęła ją do auta.
- Cześć wszystkim – powiedziała Remi, wsiadając na tylne
siedzenie.
Xavier prowadził, a obok niego siedział wesoły Joe, z tyłu,
szerokim uśmiechem, powitała ją Elizabeth. Jechali piętnaście minut, gawędząc przyjemnie.
Remi była w wyśmienitym humorze. Pod koniec wycieczki jechali pod górkę, a za
oknem można było podziwiać piękny, sosnowy las. Zaparkowali na poboczu i
wysiedli z auta. Revens zauważyła migoczący ogień i kilka osób siedzących przy
nim, w tym Kevina. Już zrozumiała co oznaczało w tym momencie „urwisko”.
Trawiasty plac nagle kończył się przepaścią, na dole rozciągał się piękny las,
można było ujrzeć także małą rzeczkę, która przepływała niedaleko.
- Jak pięknie – powiedziała cicho do siebie, stojąc
niedaleko skraju, podziwiając widoki.
- Uważaj Remi, nie spadnij – zawołał Kevin.
- Stoję dwa metry od krawędzi – oznajmiła.
Usiadła na wielkiej beli, obok Amy i Xaviera.
- Nocowanie integracyjne jest przesunięte na za tydzień –
oznajmiła Elizabeth, gdy częstowała wszystkich piankami.
- Dlaczego? – spytał Joe.
- Taka wola jaśnie pani dyrektorki – wytłumaczyła
czekoladowowłosa.
Nagle coś zaszeleściło za nimi. Remi przysunęła się bliżej
Amy. Wszyscy zamilkli. Xavier i Kevin wstali, nasłuchując co to. W tym momencie
zza drzew wybiegło kilka osób.
- Te wasze miny, jakbyście diabła mieli zobaczyć –
skomentowała pewna dziewczyna.
- Wystraszyliście nas – zaśmiała się Amy i podeszła się
przywitać.
Michael nie znała żadnej z tych osób toteż siedziała
grzecznie na miejscu, oczekując wyjaśnienia sytuacji. Kątem oka zauważyła, że
Xavier przysiadł się do niej, ostrożnie zwróciła wzrok ku niemu.
- Spokojnie, to moja siostra z kumplami, są w miarę normalni
– skomentował jej spojrzenie.
- Mogłabym Cię poprosić o pomoc? – spytała, ukazując pianki
w swojej dłoni. – Nigdy nie robiłam tego czegoś…
- No co Ty?! Nigdy pianek nie piekłaś? – zaśmiał się
Lockwood.
- Tak, jestem piankowym niedorozwojem – wyjaśniła, śmiejąc
się.
Przyniósł dwa kijki, jeden podał dziewczynie.
Gdy tłumaczył jej jak wszystko dokładnie robić, przysiadł
się do nich Kevin.
- Xavier, twoja siostra coś od Ciebie chce – zakomunikował
- To nie jest trudne, dasz radę – powiedział do Michael
oschłym tonem.
Dziewczyna z ciekawością obejrzała się za nim, tym samym
dowiadując się, która osoba to siostra Lockwooda. Była ładna. Szczupła,
brązowowłosa, z pięknym uśmiechem nie przypominała w żadnym stopniu Xaviera. Na
oko mogła się zdawać starsza od chłopaka. Rozmawiali o czymś przejmująco.
- Spaliłaś – zaśmiał się Kevin.
- Um…Co?! – spytała zdezorientowana.
Wskazał na koniec jej patyka, na którym pianka zajęła się
ogniem.
- Zjedz moją, ja jakoś straciłem ochotę. – Podarował jej
smakołyk z uśmiechem.
Z chęcią przyjęła ten podarunek i od razu zakochała się w
tym smaku. Słodycz rozpływała jej się w ustach.
- Ty i Xavier niezbyt za sobą przepadacie – oznajmiła, po
czym wytarła usta.
- Ech, to nie tak…Po prostu…Ciężko to wytłumaczyć, ale…
- Spokojnie, nie chcesz to nie mów – przerwała z uśmiechem.
Amy wróciła na miejsce.
- Już jestem, nie przeszkadzam? – spytała, widząc nastrojową
chwile.
- Nie – odpowiedziała Remi.
Xavier skończył rozmowę, jednak usiadł po drugiej stronie
ogniska. Czarne, bujne włosy przykrył kapturem od bluzy, tego samego koloru.
Remi mogła zauważyć migotanie ognia, w jego turkusowych oczach. Były magiczne.
- Bracie, czyń honory – powiedziała siostra Xaviera, podając
mu gitarę.
- Zapomnij, nie będę grać – burknął.
- Xavier zagraj! – zawołała Elizabeth.
- Nie będę grać…
- Xavier chodź tutaj, zagraj nam, no proszę! – krzyknęła Amy.
- Dobra, ale się zamknij wreszcie – burknął.
Przyszedł z łaską i usiadł niedaleko nich, na ziemi.
Nastroił gitarę i patrzył w nich męczeńskim wzrokiem.
- Co chcecie? – spytał.
- Może tamtą piosenkę co śpiewałeś na zakończeniu wakacji? –
zaproponowała Amy.
- Mam jeszcze śpiewać?! Chyba oszalałyście – odmówił.
- Odważny Xavier boi się zaśpiewać piosenkę? – podpuściła go
Revens.
- Nie, Mała, nie boję się – wytknął jej jezyk, po czym
uśmiechnął się głupawo, widząc jej minę. Nienawidziła, gdy ktoś mówił do niej
Mała.
Jednak złość zastąpiło zdziwienie. Gdy zaczął śpiewać
myślała, że śpiewa Anioł. Nigdy by nie uwierzyła, gdyby ktoś jej powiedział, że
tak aspołeczny człowiek skrywa tak wielki talent. Głos miał męski, aczkolwiek pięknie
wchodził w wysokie tony. Piosenka była cudowna, jednak Remi nigdy jej nie
słyszała.
Nie chcę marnować
weekendu,
jeśli mnie nie
kochasz, udawaj
jeszcze kilka godzin,
a potem nadejdzie czas, by odejść.
Gdy mój pociąg
odjeżdża wzdłuż wschodniego wybrzeża,
ciekaw jestem, jak
się ogrzejesz.
Jest za późno na
płacz, zbyt niepewnie, by ruszyć dalej.
To tylko kropla w
oceanie,
Lecz zmieniła
pogodę...
Modliłem się, że może
i my skończymy razem.
To tak, jakby pragnąć
deszczu, stojąc na pustyni.
Ale ja trzymam Cię
najbliżej ze wszystkich,
ponieważ jesteś moim
niebem…
Gdy skończył cisza zdawała się być dla niej karą. Tak bardzo
chciała, aby nigdy nie kończył.
- Wow…Xavier Lockwood potrafi grać na czymś więcej niż na
nerwach – skomentowała i posłała mu piękny uśmiech.
Nic nie odpowiedział, jedynie odłożył gitarę i poszedł
porozmawiać z kolegą. Remi podeszła znów nad skraj urwiska, jednak znacznie
bliżej niż wcześniej. Zapadł lekki zmrok, a na niebie można było zobaczyć
pierwsze gwiazdy. Widok był naprawdę niesamowity. Objęła się rękami, bo nagle
zerwał się zimny wiatr, który hulał jej pod koszulką, liżąc dreszczem plecy.
- Michael! – usłyszała głos Amy.
Odwróciła się zbyt gwałtownie i straciła równowagę.
Zacisnęła mocniej powieki, bo wiedziała co ją czeka… Poczuła dziwne uczucie w
żołądku. Zaraz spadnie, roztrzaska się o ziemię…Umrze…
Hej Aniołki! ;*
Przepraszam za taką obsuwę :C Miałam wstać o 8.00 rano, napisać rozdział na 12.00, ale wstałam o 13.30 :C Wybaczcie <3 Postaram się być punktualna na następny raz :< Rozdział mi chyba nie wyszedł :/ Taki jakiś :/ Jeśli o piosenkę, którą śpiewał Xavier to włącznie sb #1 na górze w odtwarzaczu :3 Liczę na komentarze :D
+ Można pisać na gg do mnie 51153924
KOCHAM WAS <3 :3
niedziela, 24 sierpnia 2014
#7 Walka, łzy i turkusowe przestrogi.
Wracała do domu zalana gorącymi łzami, trzęsąc się ze
strachu. To, co przed chwilą ujrzała przeszło jej najśmielsze wyobrażenia o
owej „walce”. Doszła do domu. Weszła szybko do środka i nic nie mówiąc pobiegła
do swojego pokoju, po czym zatrzasnęła drzwi. Osunęła się na podłogę, ukryła
twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Wspomnienia tego wieczoru wracały do niej
długi czas, powodując falę złości, żalu i płaczu.
Weszła tam. Do tego
przeklętego tłumu. Na powitanie poczuła ostry zapach papierosów i alkoholu. Ludzie
krzyczeli i dopingowali, pragnąc więcej emocji, krwi, bólu. Na środku
umieszczony był kwadratowy ring. Nawet z daleka można było świetnie widzieć tę
krwawą rzeźnię.
- Pierwsza walka tego
wieczoru, pomiędzy dwoma przedstawicielami wagi lekkiej. W każdy 10 dzień
miesiąca możemy podziwiać to ekscytujące widowisko – usłyszała głos prezentera,
próbując przepchać się bliżej.
Xavier jak i Kevin
stali w dwóch przeciwnych narożnikach, patrząc na siebie spod byka. Revens
próbowała krzyknąć do nich, aby zakończyli to szaleństwo, jednak gong zawył.
Obaj byli bez koszulki. Doskonale można było zauważyć, że Anioł Śmierci jest
obwiązany bandażami. Dlaczego brał w tym udział? Dlaczego tego nie odwołali?
Pierwsze ciosy były
tak mocne, że Michael musiała odwracać głowę. Wciąż jednak krzyczała, aby
przestali. Nie poznawała w tamtym czasie Kevina, z pozoru miłego, zabawnego
chłopaka. Oszukiwał ją. Xavier upadł na podłoże, dostając cios w bok, który był
ranny. Wtedy zrozumiała jak paskudnym człowiekiem jest Boovel. To on okaleczył
Xaviera, aby wygrać w walce. Polała się pierwsza krew. Remi zaczęła dziwnie się
czuć. Przed zasłabnięciem uchronił ją Joe, bliski kolega Lockwooda.
- Ej, Revens, nie
powinno Cię tu być, chodź idziemy…- Po czym wyprowadził ją z budynku.
Amy stała na zewnątrz,
trzymając Avisa na smyczy, w jej oczach pojawiły się łzy.
- Co to ma znaczyć
Joe? Co oni wyprawiają!?
- Amy…Naprawdę
chciałbym wam powiedzieć – szepnął, podtrzymując Michael. – Powiem tyle, chodzi
tu o coś więcej niż zwykły boks.
~*~
Szła do szkoły, balansując na krawężniku. Przystanęła przy
pięknym domu, w którym mieszkał Xavier. Postanowiła, że przyjdzie z nim
porozmawiać po zajęciach. Nie miała, co liczyć na to, że dziś spotka go w
sąsiadującej ławce. Znów pojawił się przed oczami obraz, w którym turkusowe
oczy zachodzą mgłą, a na twarzy pojawia się ból. Nie zapomniała też satysfakcji w oczach
Kevina, który najprawdopodobniej wygrał walkę.
Wiatr podwiewał jej sukienkę. Już od rana żałowała, że
założyła to coś na siebie. Zazwyczaj miała wylane na „dziewczęcość” i chodziła
jak fleja. Kompletnie nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu.
Tak jak twierdziła, Xavier nie pojawił się w szkole, za to
Kevin jak najbardziej. Patrzyła na niego z obrzydzeniem, gdy śmiał się z
gromadką chłopaków.
- Nie przejmuj się tak Remi, Xav jakoś się wyliże. –
Pocieszyła ją Amy, gdy szły na angielski.
~*~
Zapukała w piękne, ozdobione szklanym wzorem, drzwi. O dziwo
jej „mały” hałas ktoś usłyszał. Usłyszała skrzypnięcie i w drzwiach stanął
przystojny dwudziestolatek. Te same, turkusowe morza, z brązowymi wyspami,
przywitały ją spojrzeniem.
- Masz słabe knykcie, księżniczko, następnym razem dzwoń
dzwonkiem – uśmiechnął się sarkastycznie.
- Wy ten uśmieszek macie chyba we krwi – powiedziała wrednie,
w myślach rzecz jasna. – Jednak usłyszałeś – odpowiedziała kąśliwą uwagą. –
Jest Xavier?
- Jest, znaczy…eee…jest trochę nieswój dzisiaj – zaczął wyjaśniać,
najprawdopodobniej brat Lockwooda. – Jestem Etan, starszy brat, niektórzy sądzą
też, że przystojniejszy – zignorowała tą uwagę.
- Trudno być „nieswój”, gdy poprzedniej nocy dostało się
niezłe kwiatki na ringu. – Była naprawdę wkurzona.
- Jak on wytrzymuje z Tobą, wejdź. – Zaprosił gestem ręki.
Dopiero teraz zauważyła, że jest bardzo wysoki i postawny. W korytarzu mieścił się wieszak na kurtki,
komoda i piękne, stare lustro. Zdjęła kurtkę i weszła na wysokich botkach do
salonu. Byli bardzo bogaci, sądząc po obecności wielkiej plazmy na ścianie i
nowego x-boxa.
- Na górę, pierwsze drzwi po lewo. – Wskazał palcem lewej
ręki, w drugiej trzymał kryształową szklankę, napełnioną rdzewną whiskey.
Weszła po drewnianych schodach i odnalazła białe drzwi.
Zapukała cicho, po czym nagle odskoczyła, bo drzwi nagle się otworzyły, a w
nich stał Anioł Śmierci. Wzrok miał mętny, ledwo ją poznał. W jego pokoju
panowała ciemnia, wszystkie okna zakryte były żaluzjami.
- To już czas na pogrzeb? – powiedział poważnie, po czym
wybuchnął śmiechem, na co mu zawtórowała tym samym.
- Czy Ty zawsze musisz tak żartować? – spytała, z uśmiechem
na twarzy.
Dopiero teraz zauważyła, że chodzi w samych spodenkach.
Spojrzała na jego klatkę, całą osiniaczoną. Spotkał jej wzrok, na co założył
koszulkę z jakimś zespołem, nie chcąc częstować jej tak okropnym widokiem.
- Wiem o co chcesz spytać. – Wskazał jej czarną sofę, na
której posłusznie siadła, a on zajął miejsce na pufie, tego samego koloru. –
Jednak nie mogę udzielić ci jej w stu procentach…
- Dlaczego…dlaczego w ogóle to się odbyło? To jakiś pokaz
siły, czy coś?! – spytała oburzona.
- Tylko tam, przez tę jedną chwilę możemy się naprawdę
nienawidzić. – Sięgnął po szklankę i wypił spory łyk wody.
- Co znaczy „tylko tam możemy się nienawidzić”? – zapytała.
- Nie mogę Ci powiedzieć – burknął, patrząc jej w oczy.
- Dlaczego?! – oburzyła się, przez co jej ton stał się
piskliwy.
- Czemu się tak o mnie troszczysz, znamy się nie lada
tydzień?!
- Odwracasz kota ogonem! – skomentowała.
- Dobra! Jeśli powiedziałbym Ci, stałabyś się tego częścią,
a to by Ci zaszkodziło – powiedział głośnym tonem, na co lekko się wystraszyła,
wcisnęła się w kanapę i zastanawiała, czy aby dobrze zrobiła, że tu przyszła. –
Błędem było tu się przeprowadzać, Michael. – Znów wypowiedział jej imię, bardzo
to na nią działało, dzięki temu zrozumiała powagę jego słów. – Venus Cove to…to
złe miejsce dla takiej jak ty…- szepnął.
- Mówisz zagadkami…- odpowiedziała, cicho. – Skoro nie
chcesz mówić, nie będę Cię prosić. – Dumnie uniosła podbródek i wstała z
miejsca. – Wypoczywaj.
Potem zobaczył tylko jak znika za drzwiami, wściekła w
duchu. Wcale jej się nie dziwił.
- Ładnie wyglądasz…- szepnął, czego już na pewno nie
usłyszała, bo usłyszał zamykanie się głównych drzwi.
Upił kolejny łyk wody, która nie była zwykłą wodą. Poczuł
gorąco, rozchodzące się po brzuchu i ulgę w cierpieniu. Wódka.
- Nic nie wie? – spytał brat, wchodząc do pokoju.
Xavier pokręcił przecząco głową, spuszczając ją.
- To jej nic nie mów…
- Właśnie to robie, ale…
- Wiem to ciężkie – skomentował brat, kończąc swoją whiskey.
- No co ty?! – spytał sarkastycznie, ponownie chowając twarz
w dłoniach.
- Uważaj na nią, Kevin…
- WIEM! – krzyknął.
- Nie panujesz nad sobą…sialalala – uśmiechnął się szeroko.
- Wynoś się!
~*~
Ubrana w pidżamę, z cieplutkimi skarpetkami na nóżkach,
wzięła swojego laptopa i włączyła tradycyjnie facebook’a.
Wyświetliło się okno czatu. Napisał do niej Kevin i Xavier
jednocześnie. Najpierw przeleciała wzrokiem krótką, aczkolwiek treściwą,
wiadomość od turkusowookiego.
X: KEVIN NIE MOŻE WIEDZIEĆ! Zachowuj się, jakbyś tego nigdy
nie widziała! To ważne…Proszę.
M: Musi być bardzo ważne, skoro w geście desperacji piszesz „proszę”.
X: Bardzo.
M: Ok., ale wyjaśnisz, o co chodzi?
X: Wkrótce się dowiesz sama…
Zielona kropka znikła.
Remi przeniosła się na okienko Kevina.
K: Hej śliczna, coś się stało? Dzisiaj dziwnie się
zachowywałaś J
M: Głowa mnie bolała, wszystko w porządku :D Co u Ciebie?
K: Uff już się bałem…Wszystko jak najlepiej, widzimy się
jutro rano w drodze do szkoły? Chcę z Tobą o czymś porozmawiać, to ważne J
M: Nie ma problemu J
Wychodzę 7:30.
K: Ok. J
Wylogowała się. Miała mętlik w głowie. Nie wiedziała, komu
do końca ufać, wysłuchała jednej strony, bardzo tajemniczej strony. Jednak
bardziej ufała Xavierowi, nawet polubiła go trochę i zaczęła rozumieć jego
sarkastyczne żarty. Zgasiła światło, wtuliła się w Avisa i zasnęła…
Rano czekała ją zaskakująca wiadomość…
___________________________________________________________________
Hej kochane aniołki :) Przepraszam, że wrzucam tak późno, ale rozdział miał pojawić się o 12.00 jednak się skasował -,-'' Niewydarzona Ada, nie umie rozdziału zapisać :C Pisałam od nowa :C
Przepraszam za błędy,a le w 30 minut on powstał xDD
Kocham i dziekuję za komentarze :D Im więcej, tym szybciej będzie rozdział 8 :3
Kocham miśki, papa ;*
czwartek, 21 sierpnia 2014
#6 Atak, krew i szok.
Rozdział dedykowany moim obserwatorkom <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Amy odpowiedziała, że absolutnie nie wie, o co chodzi.
Revens machnęła na tą całą walkę ręką i nie szukała więcej odpowiedzi na to
pytanie. Może chodziło o jakąś grę komputerową, albo coś.
9 września był wietrznym dniem. Michael siedziała samotnie w
domu, pisząc wypracowanie na angielski, dotyczący tolerancji w szkole. Zwykła
rozprawka, ale męczyła się z nią bardzo długo. Spojrzała na zegar, który
wskazywał równo osiemnastą. Mama Revens pracowała w klinice na nocnej zmianie,
a młodsza siostra przesiadywała tydzień u babci. Zeszła na dół do kuchni zrobić sobie kakao. Włączyła sobie radio,
które w tym właśnie czasie odgrywało „Waiting Games”.
Co jeśli nigdy już Cię nie zobaczę bo oboje stoimy na scenie
Nie mów mi, żebym słuchała twojej piosenki, bo to nie to samo
Nie chce powiedzieć, że twoja miłość to gra na zwłokę.
Nuciła cicho, czekając na zagotowanie się mleka. Zalała
białym płynem brązowy proszek i aż przeszedł ją przyjemny dreszcz, gdy poczuła
zapach kakao. Nagle usłyszała głośne łomotanie w tylne drzwi domu. W myślach
układała najczarniejsze scenariusze. Avis, jej pies, śpiący obok sofy nawet nie
drgnął.
- Obrońca, nie ma co – szepnęła w myślach.
Usłyszała jeszcze raz jak ktoś wali w drzwi. Podeszła i
zobaczyła przez szklany element, że to Xavier Lockwood. Czym zasłużyła na tę
wizytę. Otworzyła, przybierając buntowniczą minę. Chwiał się, przez chwile
myślała, że jest zapity. Zmieniła jednak zdanie, gdy zobaczyła cieknącą krew z
jego czarnej koszulki…
~*~
- Co o tym myślicie? – spytała Amy do Midney i Elizabeth, siedzących
naprzeciwko.
- Nocowanie integracyjne to naprawdę świetny pomysł, jednak
trzeba zapytać dyrektorki o zgodę – odpowiedziała ciemnoskóra, która objęła
posadę zastępczyni Vinbrook.
- W takim razie do Ciebie Midney będzie należało zebranie
pieniędzy.
- Oczywiście, to nie problem, a o jaką kwotę chodzi? –
spytała, notując wszystko.
Dziewczyny jeszcze bardzo długo rozmawiały w kawiarni na
temat organizacji nocowania. W końcu temat zszedł na nieco luźniejsze sprawy,
takie jak plotkowanie na temat uczniów.
- Zauważyłyście, że Kevin każdego dnia odprowadza Revens do
domu? – zagadała Midney.
- Tak, nic w tym dziwnego, jest miła i sympatyczna,
mieszkają obok siebie – dopowiedziała Elizabeth, po czym upiła łyk swojego
Capuchino.
- Na pewno chodzi o to, aby dopiec Xavierowi – stwierdziła dziwnym
tonem koleżanka.
- Przestań Midney! Jesteś po prostu zazdrosna, bo Boovel ci
się podoba, od trzeciej klasy…- mruknęła blondynka. Amy bardzo zżyła się z
Revens przez ostatni czas, dlatego postanowiła bronić jej w każdej sprawie.
- Nie prawda! – żachnęła się dziewczyna.
- Każdy to widzi, Ney…- powiedziała cicho Elizabeth,
uśmiechając się delikatnie. – Tylko nie musisz od razu wjeżdżać na Remi, myślę,
że ona i Kevin to tylko i wyłącznie koleżeństwo…
- Popieram El! – powiedziała entuzjastycznie Amy.
- Mimo wszystko nie przepadam za tą dziewczyną…
- Nie każemy ci się z nią przyjaźnić! Tylko przestań być dla
niej taka gburowata, na W-F specjalnie trafiłaś ją piłką. – Elizabeth zaczęła
szukać dzwoniącego telefonu w jej torbie.
- Zmieńmy temat – powiedziała Amy. – Kiedy wybieramy się nad
urwisko? – spytała.
- Faktycznie, przydałoby się tam urządzić małe ognisko, może
za dwa tygodnie…- przyznała Midney. – Dobrze, ja muszę lecieć, mamy jeszcze te
wypracowanie na angielski…
- Och! Na śmierć zapomniałam! – krzyknęła Amy, waląc się w
czoło.
~*~
- XAVIER! BOŻE! CO SIĘ STAŁO?! – Zaczęła panikować, bo nie
wiedziała co się dzieje.
- Spokojnie mała. Jest ktoś u Ciebie w domu? – spytał, ledwo
słyszalnym głosem.
- Nie jestem sama, matka wraca późno – powiedziała panicznym
tonem.
- To świetnie…- wyszeptał. – Mógłbym…- nie dokończył, osunął
się na kolana.
Przyklękła przy nim, wzięła w swoje małe dłonie jego twarz.
Turkusowe oczy otwierały się leniwie, prosząc o pomoc. Były naprawdę piękne,
dopiero teraz mogła ujrzeć piwne, małe plamki przy źrenicach.
- Zadzwonię po karetkę, leż tu spokojnie – powiedziała, a on
natychmiast oprzytomniał.
- Nie! – krzyknął, łapiąc ją za rękę. – Nigdzie nie dzwoń. –
Zaczął podnosić się powoli i chwiejnie, opierając się o futrynę drzwi.
Przytrzymała go.
- Dobrze, po…poradzimy sobie jakoś sami – szepnęła.
Revens pomogła dojść mu do kuchni i posadziła go na krześle.
Zobaczyła na swoim swetrze krew. Spojrzała na niego. Anioł Śmierci. Dosłownie.
- Co się stało Xavier? – spytała głośno, aby usłyszał, po
czym ściągnęła mu koszulkę.
- Dlaczego mnie rozbierasz, kochanie? – spytał, uśmiechając
się sarkastycznie.
- Czy Ty zawsze musisz taki być, nawet jeśli krwawisz od
rany ciętej?! – warknęła, patrząc na rozcięcie, rozciągające się od końca
lewego żebra, aż do pępka. – Co się stało?! – zapytała ponownie, szukając
apteczki w górnej szafce.
- Małe zadrapanie, nic mi nie będzie – zapewnił. – Masz może
wódkę? – spytał, gdy zobaczył, że idzie z jakimś marnym bandażykiem.
- Po co?
- Dostałem czymś i nie wiem czy nie było zakażone, poza tym
tak się robi zawsze w filmach – zaśmiał się.
- Jesteś nienormalny – burknęła, podając mu alkohol.
Najpierw oczyściła ranę ściereczką, nasączoną wodą
utlenioną. Syknął z bólu.
- Szczypie? – spytała, robiąc kwaśną minę.
- Nie, gilgocze kurwa! – krzyknął, zaciskając pięści i
szczękę.
- Spokojnie, już skończyłam, teraz mam ci to polać wódką czy
jak? – spytała, nie wiedząc co robić.
- Lej, wszystko jedno – mruknął.
- Jak się czujesz? – spytała, gdy już założyła bandaże.
- Jak człowiek pociachany nożem. Jednym słowem zajebiście –
odpowiedział kąśliwie.
***
- Powinieneś iść na policję – stwierdziła. – Jak to się
stało tak w ogóle? – zapytała, gdy siedzieli u niej w pokoju na łóżku.
- Szedłem parkiem,
ktoś wybiegł, ciachnął mnie nożem i uciekł. Potem chciałem iść do domu, ale nie
dałem rady, wiedziałem gdzie mieszkasz i przyszedłem – powiedział spokojnie.
Revens czuła się nieswojo, siedząc przy nim i normalnie rozmawiając,
bez cienia sarkazmu w wypowiedziach.
- Masz wielu wrogów, przypuszczam – szepnęła, patrząc w swój
kubek herbaty.
- Z jednym siedzę i piję sobie herbatkę – zaśmiał się.
Pierwszy raz słyszała jego szczery śmiech, bez cienia kpiny,
udawania. Był całkiem znośny, gdy byli sam na sam.
- Ten ktoś, kto cię zaatakował, jaki miał cel w okaleczeniu
Ciebie? – zapytała, patrząc mu w oczy.
- Niektórzy nie umieją walczyć fair, Michael – powiedział cicho
i założył jej kosmyk za ucho.
Nie pytała dalej, ponieważ dobrze wiedziała, że nie uzyska
odpowiedzi. Jednak cieszyła się w duchu, że wypowiedział jej imię, dziwne,
zazwyczaj zwracał się do niej „Mała”, „krasnal”, „gnom”. Cóż za miła odmiana.
- Zbieram tyłek. Już 21.00. Wracam do domu – powiedział,
wstając z łóżka.
- Zapomniałeś o czymś – powiedziała Remi.
- Co znowu?
- Dziękuję! – warknęła Remi.
- Och, nie ma za co Revens, to taki mały prezent widzieć
mnie półnagiego. Nie masz za co dziękować – odpowiedział melodyjnym głosem i
wyszedł na chodnik, uśmiechając się sarkastycznie. Uwielbiał jej dokuczać.
- Jesteś idiotą, Lockwood! – krzyknęła za nim i zamknęła
drzwi.
***
Kładąc się do łóżka miała w głowie jego słowa „Niektórzy nie
umieją walczyć fair, Michael”. Potem przypomniała sobie kręgle „ Za tydzień
walka…”. Wszystko układało się w dziwną całość, ale nadal nie wiedziała o co
chodzi z tą walką. Przytuliła Avisa, który przyszedł najwidoczniej dotrzymać
jej towarzystwa w nocy. Powoli zasypiała…
- AMY zaspałaś! – krzyknęła mama, waląc dziewczynę poduszką.
- Jak to…Jest dopiero…CHOLERA!
Śniadanie jadła biegnąc do szkoły, z pączkiem w gębie.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziała miłym głosem,
przychodząc na lekcje historii.
- Zostało ci wybaczone – odpowiedziała łaskawie
nauczycielka.
Revens siadła do ławki, w której była już Amy. Jak zwykle
wyglądała perfekcyjnie.
- Cześć. W tę sobotę jest nocowanie integracyjne, będzie
tylko nasza klasa. Obecność obowiązkowa – powiedziała uśmiechnięta.
- Panno Vinbrook cisza! – zagrzmiała nauczycielka.
- Jasne, będę. Xaviera nie ma? – spytała, błądząc wzrokiem
po klasie.
- Nie. Kevina też, a więc będziesz wracać do domu sama –
zaśmiała się Amy.
- Jakoś dam radę.
~*~
Po szkole postanowiła przejść się z Avisem w celu poznania
miasteczka. Udała się w stronę centrum, gdzie była tylko raz. Dużo małych
sklepików, wokół trójkątnego rynku sprawiało wrażenie, że jest w jakimś wielkim
mrowisku. Ludzi było naprawdę od groma. Wędrowała tak, aż zapadł lekki zmrok.
Dostała sms-a.
Remi, nie uwierzysz gdzie teraz jestem i co robię. Błagam Cię spotkajmy
się obok kręgielni. Szybko to ważne! Chodzi o X i K.
Amy.
Michael spojrzała dookoła siebie, aby określić swoje
położenie. Pobiegła z Avisem główną ulica i za pięć minut znalazła się przed
klubem. Kolejne mrowisko. Podejrzane typy, grupka osób, jakaś blondynka.
- Amy?! – zawołała w chmarze osób.
- REMI! – krzyknęła, podbiegając i dysząc ze zmęczenia.
- Co się stało? – spytała, trzymając mocno smycz.
- Chłopaki…oni…oni zaraz…- wskazała palcem na telebim,
umieszczony na niskim dachu klubu.
Revens nie wierzyła w to co widzi. Zalazła ją fala strachu.
__________________________________________________________________
Hej Aniołki :) Rozdział trochę dłuższy :)
Liczę na komentarze z waszej strony :)
Rozdział 7 w niedzielę, więc nie pytajcie w kom. kiedy będzie :3
Kocham was i pozdrawiam A.M.Black <3
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
#5 Kevin i turkusowe kręgle.
Rozdział dedykowany komentującym, którzy malują uśmiech na mojej twarzy :D
***
Zaczepił ją, znajomo wyglądający chłopak. Już sobie
przypomniała, widywała go, gdy siedziała samotnie na parapecie swojego okna,
które mieściło się na poddaszu. Szedł chodnikiem w dresie, gubiła go z oczu za
zakrętem.
- Cześć – odezwał się wesoło, łapiąc jej „nieżywą” rękę i
potrząsając dynamicznie.
- Hej – odpowiedziała w intonacji pytającej.
- Jestem Kevin, chodzę do przeciwległej klasy, mieszkam
naprzeciwko Ciebie. – oznajmił, choć dla Michael nie było to wystarczającym
argumentem, dla którego ją zaczepia. – Zawsze widuję Cię w oknie, patrzysz się
na mnie i myślisz, że nie widzę. – Revens zawstydziła się tak bardzo, że jej
blade policzki zabarwiły się na kolor buraka.
- Trudno nie patrzeć, gdy człowiek wygląda jak zmodyfikowana
wersja Justina Biebera – odgryzła się, przyśpieszając kroku.
- Ej, nie gniewaj się, chciałem tylko poznać nową sąsiadkę,
a co do Justina Biebera, to większej obrazy nie dano mi usłyszeć. – Zrobił minę
smutnego pieska.
- Przepraszam . – Zaśmiała się, klepiąc go po ramieniu.
- Nie wiem czy się pozbieram po czymś takim, masz może w
domu sznur do powieszenia, albo jakiś tasak do pocięcia? – Zaczął żartować, co
bardzo rozbawiło Revens.
- Nie, ale mam młodszą siostrę, która może wywołać depresję,
a co za tym wyniknie – zgon.
Obaj wybuchneli śmiechem.
- Bawi się z moją młodszą siostrą – poinformował.
- Któż by pomyślał, mała potwora jest bardziej towarzyska
ode mnie.
Mówiąc to Revens znalazła się z chłopakiem na skrzyżowaniu,
gdzie musieli się pożegnać. Blondynka miała pisane iść prosto, a dziwna
imitacja Biebera w lewo.
- To cześć Kevin, miło było poznać – pomachała na odchodnym,
a on uczynił to samo, obdarowywując ją ciepłym uśmiechem.
~*~
Dzień w szkole dłużył się niemiłosiernie. Zwłaszcza
historia, której Revens nienawidziła ponad wszystko. Nadszedł czas na cudowną
nagrodę.
- Ładnie tu – stwierdziła Michael, wchodząc do klubu.
Po prawej stronie znajdowało się pięć torów do gry w kręgle,
a po lewej recepcja. Miejscówka zaopatrzona była w bar, w którym dziewczyny od
razu zamówiły gorącą herbatę i bułkę słodką. Sciany pomalowane były na szaro,
ale ciepła dodawały rabarbarowe paski, zamieszczone w równych odstępach. Lampy
dawały ciepłe światło, a z głośników leciała młodzieżowa muzyka.
Gdy zjadły podeszły do recepcji.
- Zaprosiłam jeszcze kilka osób, powinni niedługo być - poinformowała Amy.
- Kto mianowicie przyjdzie? – spytała Remi, biorąc swoje
buty do gry w rozmiarze 36.
- Większość znasz – odpowiedziała wymijająco. – Naprawdę masz
taką małą nóżkę? – spytała szybko, patrząc na swoje 39-tki.
- No niestety, jestem krasnoludkiem. – Zaśmiała się i poszły
na pufy, stojące niedaleko ich toru, aby włożyć buty.
- Przyszli! – Amy wskazała palcem na grupkę osób, stojących
w kolejce do „buciarni”.
Michael zdębiała, widząc czarną, lwią grzywę, opierającą się
o blat recepcji.
- Co on tu do jasnej cholery robi! – krzyknęła w swoich
myślach tak głośno, że aż realistycznie zabolały ją uszy.
- Cześć. – Z myśli ,jak zabić ów Pana Xaviera, wyrwał ją
melodyjny głos, który słyszała wczoraj.
Odwróciła się pośpiesznie i ujrzała błękitne oczy, które
wpatrywały się w nią, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Um…Hej Kevin – mruknęła jakby przez mgłę.
- Wszystko w porządku, Remi? – spytała Vinbrook, podchodząc
i kładąc rękę na ramieniu blondwłosej.
- Oczywiście - uśmiechnęła się i odeszła do miejsca, gdzie
leżały poukładane kule.
- Sam się wprosił – wyjaśniła Amy, mówiąc jej to szeptem.
Doskonale wiedziała, że nie zbyt przepada za Lockwoodem.
Michael postanowiła ignorować Xaviera i bawić się świetnie w
towarzystwie Amy, Kevina, Elizabeth i Midney. Wszyscy rozsiedli się na pufach,
toteż spokojnie mogła się zastanowić jaką kulę wybrać i jak się nie ośmieszyć.
- Ta jest za ciężka – usłyszała głos, którego już od
pierwszego dnia szkoły nienawidziła tak bardzo.
- Człowiek nie może mieć aż tak turkusowych oczu…-
pomyślała, patrząc na nie z zaciekawieniem.
- Jak skończysz podziwiać moje wdzięki, to weź tę. – Podał jej
błękitną kulę, uśmiechając się wrednie.
Revens wyszarpała mu z dłoni obiekt i z wściekłością zbiła
aż zero kręgli, co bardzo ją zirytowało. Spojrzała na Kevina, który uśmiechał się
pobłażliwie. Usłyszała śmiech Xaviera, podeszła szybkim krokiem do niego. Fakt
faktem, sięgała ku do połowy klatki piersiowej, ale mimo to odważyła się
powiedzieć:
- W takim razie pokaż co potrafisz, mocny w słowie.
- Czyżby mała Mi była nieco poddenerwowana? – spytał cicho,
przybliżając się na niebezpieczną odległość.
Revens cofnęła się krok do tyłu.
- Chcę sprawdzić, czy umiesz lepiej.
- To był błąd Remi, jest najlepszy w te klocki, no może
Kevin mu dorównuje – powiedziała Elizabeth, podając Revens jej sok. – Poza tym
lepiej go nie denerwować…
- Najchętniej wzięłabym tę jego owłosioną głowę i…
- Spokojnie, on się tylko z Tobą droczy – przerwał jej
Kevin, który siadł z uśmiechem na pufie obok.
Michael obserwowała jak Anioł Śmierci zdejmuje czarną bluzę,
dopiero teraz można było zobaczyć jak bardzo jest umięśniony. Na pierwszy rzut
oka wydawał jej się chudym flaczkiem, ale teraz diametralnie zmieniła zdanie, choć
nadal go nie cierpiała i chciała mu odgryźć gardło. Przez chwilę zastanawiał
się jaką wybrać kulę.
- Czarna. Dlaczego mnie to nie dziwi? – spytała sama siebie.
Spojrzał na nią, ukazując białe zęby, machając ciężką bilą w
lewej ręce. Zmrużyła oczy, prosząc cokolwiek istnieje, aby miał pecha i nie
trafił.
Cztery szybkie kroki. Wypuszczona. Toczy się w sam środek.
Zderzenie. Jeden kręgiel waha się nad upadkiem, jednak przegrywa i z łoskotem
uderza o podłoże.
Revens patrzyła z niedowierzaniem. Xavier odwrócił się ze
satysfakcją wymalowaną na twarzy, a jego turkusowe oczy świeciły z radości
wygranej.
- To nie możliwe, zbił wszystkie…
- Strike, Mała Mi – rzekł z sarkastycznym uśmieszkiem na
twarzy.
Podszedł bliżej
dumnym krokiem.
- Boovel, za tydzień walka, racz się stawić – powiedział ponuro,
patrząc na Kevina, a potem na Revens, następnie wyszedł z klubu i atmosfera się
poluźniła.
Jednak, gdy Remi spytała o co chodzi z walką, jej sąsiad za
nic nie chciał udzielić odpowiedzi. Ciekawska, postanowiła spytać wszystkowiedzącej
Amy Vinbrook…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

