sobota, 13 grudnia 2014

Nowy blog :)

Serdecznie zapraszam na mojego nowego bloga KLIK :)
Przepraszam, ale z wyższych przyczyn nie mogę kontynuować tego bloga, być może za 2-3 lata będziecie mogli skończyć czytanie historii Turkusowego Anioła w mojej debiutanckiej książce, nad którą pracuje :) Póki co zapraszam na http://vineal.blogspot.com/.


czwartek, 23 października 2014

Info :>

Kochane Aniołki!
Bardzo przepraszam za brak dalszych rozdziałów, czegokolwiek.
Jedyny powód - brak czasu.
Szkoła, zbliżające się egzaminy itp.
To wszystko nie pozwala mi pisać.
Postaram się reaktywować blog w święta Bożego Narodzenia, ferie.
Trzymajcie się cieplutko ;*
A.M.Black

sobota, 6 września 2014

#9 Życie lub śmierć.

Odwróciła się zbyt gwałtownie i straciła równowagę. Zacisnęła mocniej powieki, bo wiedziała co ją czeka… Poczuła dziwne uczucie w żołądku. Zaraz spadnie, roztrzaska się o ziemię…Umrze…
W tym jednym ułamku sekundy wyszukała wspomnienie, które miało towarzyszyć jej do końca. Było świeże, piękne i godne, aby być tym ostatnim. Jednak zanim w jej głowie rozbrzmiał głos Xaviera poczuła silny ból w obu łokciach. Szarpnięcie było tak silne, że kompletnie wyrwało ją z otumanienia.
Płomień ogniska rozświetlał ich kontury. Kevin i Xavier trzymali drobną Michael za przedramiona. Zobaczyła turkusowy wzrok, a obok jasno-błękitny. Ze strachu kurczowo wbiła paznokcie w ich muskularne ręce. Jej oczy zaszły łzami, roztrzęsiona czekała, aż ją wyciągną z tego piekła. Jednak oni się nie spieszyli…
- Ile? – spytał Xavier, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Doskonale zauważył w jej oczach paniczny strach.
- Jeszcze nie czas, Xavier, ostatnio wskazywała styczeń – odpowiedział.
Ona dalej nic nie rozumiała, tylko panicznie wbijała w nich paznokcie, chcąc się ratować. Byli panami jej losu. Mogli skazać ją na śmierć w każdej chwili.
- Dziś jest twój szczęśliwy dzień, Mała Mi – wyszeptał Xavier i obaj wciągnęli dziewczynę na urwisko.
Po całej zaistniałej sytuacji Remi wybuchnęła panicznym płaczem. Łzy pozostawiały czarne smugi tuszu na jej porcelanowej twarzy. Gdy Kevin chciał pomóc jej wstać, wystraszyła się śmiertelnie i odskoczyła wprost w ramiona Amy.
- Spokojnie Remi, wszystko jest dobrze, Xavier i Kevin Cię wyciągnęli, chwała Bogu – powiedziała cicho i również zaczęła płakać.
Michael nie potrafiła się opanować, wciąż drżała. Nie wiedziała, co miał znaczyć ten cholerny dialog, gdy wisiała nad przepaścią, zdana na ich łaskę.
- Chodź, Xavier zawiezie Cię do domu…- szepnęła Amy, pociągając lekko dziewczynę w stronę auta.
- Nie…- szepnęła Michael, z oczami pełnymi łez, jednak blond piękność nie dosłyszała tego.
Zanim się obejrzała już siedziała na przednim siedzeniu. Do auta wsiadł turkusowooki. Westchnął, widząc, w jakim stanie jest jego koleżanka. Doskonale wiedział, ze teraz śmiertelnie boi się jego osoby, po słowach, które wypowiedział. Nie miał innego wyjścia…
Przekręcił kluczyk i ruszyli w drogę. Przez chwilę ignorował szloch Revens, jednak po pewnym czasie zatrzymał auto.
Spojrzał na nią. Miała rozmazany makijaż, napuchnięte policzki, zdarty fioletowy lakier i skrzące się oczy, od łez. Mimo tego okropnego opisu, nadal miała to coś, swoje specyficzne piękno.
Wystraszyła się tego nagłego zatrzymania i już była gotowa szarpnąć za klamkę auta i uciec od tego strasznego człowieka, który w jej oczach gotowy był pozwolić jej spaść.
- Spokojnie Michael – powiedział kojącym tonem, na co zaczekała chwile z ucieczką. – Musisz się uspokoić, nie możesz wrócić taka do domu – stwierdził i w głębi ducha przyznała mu rację, jednak dalej milczała. – Chodź, pokażę Ci coś – dodał.
Zauważył w jej wzroku iskrę nieufności.
- Nic Ci nie zrobię, przysięgam, chcę Ci wyjaśnić kilka rzeczy. – Nie poznała jego głosu, w tym momencie był tak spokojny, melodyjny, że zdawało się, że jej to wyśpiewał.
- Dlaczego nie możesz wyjaśnić mi tu? – spytała, a jej głos drżał.
- Chcę Ci pokazać pewne miejsce, gdy chcę się uspokoić, wtedy idę właśnie tam – wyjaśnił.
Szli przez las, wąską ścieżką, w milczeniu. Michael co chwile potykała się o wystające korzenie. Usłyszała kpiący śmiech Xaviera.
- Jesteś najbardziej irytującym człowiekiem na świecie – warknęła.
- Ktoś tu przeszedł z fazy płaczu do fazy gniewu – skomentował, unosząc brwi.
- Jest noc, nic nie widzę i idę przez las z człowiekiem, który chciał pozwolić mi zginąć – prychnęła.
Zatrzymał ją pewnym ruchem dłoni, po czym ustawił przed sobą jak małą laleczkę tak, aby mogła widzieć jego oczy.
- Nigdy Revens nie pozwoliłbym Ci zginąć – wypowiedział bardzo dobitnie.
- Twoje słowa w tamtym czasie sugerują coś innego, Lockwood – warknęła, mrużąc oczy.
`- Właź – burknął, wskazując ręką miejsce.
Dopiero teraz zauważyła ogromną wieżę widokową. Była bardzo wysoka. Revens sprytnie wspięła się po stromych schodkach na najwyższy balkon. Dopiero teraz zrozumiała, o co chodziło Aniołowi Śmierci. Widok zapierał dech w piersiach. Ciemne niebo, usiane gwiazdami, a na środku królował jaśniejący księżyc, oświetlający ciemny las. Zauważyła dużo małych jeziorek i  rzekę, które iskrzyły w księżycowym blasku. Była wniebowzięta. Usiadła po turecku na drewnianej posadzce, przewiesiła ręce przez belkę i upijała się widokiem. Niedaleko niej, ale w bezpiecznej odległości przysiadł Xavier.
- Niesamowicie, nie?
- Tak – odpowiedziała Michael, zerkając na niego. Był jedną, wielką zagadką. Aspołeczny, który toleruje bliskość tylko jednej osoby – jej. Zastanawiała się o co chodzi w tej całej sprawie. Atak, walka, upadek…Wszystko było zagadką.
- Wierzysz w magię Michael? – spytał, a owe pytanie kompletnie ją zaskoczyło.
- Słucham?
- Czy wierzysz w magie, Michael? – Uwielbiała sposób w jaki wypowiadał jej imię.
- Nie – odpowiedziała sucho. – Możesz nie owijać w bawełnę tylko wyjaśnić mi to wszystko? Te wszystkie tajemnice?
- Nie, jeśli nie wierzysz w magię – zaśmiał się.
- Jesteś niemożliwy, Xavier Lockwood – burknęła, kręcąc głową na znak dezaprobaty.
- Niedługo staniesz przed czymś, na co być może nie będziesz gotowa – szepnął, a gdy zwróciła oczy w jego stronę, patrzał głęboko przed siebie.
- Jeśli mi powiesz co to takiego – będę – odparła, dumnie podnosząc głowę.
- Wierzysz w magię Michael? – Pytanie powtórzyło się.
- Nigdy nie miałam z nią do czynienia – odpowiedziała nieco inaczej.
- Niedługo będziesz.
- Jesteś śmieszny, powiedz mi prosto z mostu, o co chodzi – pisnęła zrezygnowana.
- Wierzysz w siły nadprzyrodzone, anioły, miałaś kiedyś jakieś dziwne sytuacje w życiu, coś nienormalnego? Nic się nie działo? – Te pytania powoli zaczęły się dla niej robić straszne.
- Nie, moje życie jest ekstremalnie normalne, ja też jestem ekstremalnie normalna – wyjaśniła, patrząc mu prosto w oczy.
- Błąd Mała Mi, nie jesteś zwykłą szesnastolatką – mruknął.
- To kim jestem?
- Nie mogę Ci powiedzieć wszystkiego, ale niedługo sama się dowiesz, obiecuję Ci. Póki co muszę dbać o Twoje bezpieczeństwo.
- nie musisz mnie pilnować jak dziecka! – zaperzyła się.
- Przekonałaś mnie, zwłaszcza dzisiejszą nierozwagą – powiedział głośnym sarkazmem.
-„ Ostatnio wskazywała styczeń”. Co to oznacza?
- Nie mogę powiedzieć.
- JEST COKOLWIEK CO MOŻESZ MI WYJAŚNIĆ?! – wydarła się.
- Owszem – powiedział spokojnie, przez co jeszcze bardziej się wzburzyła. – Zamknij oczy.
- Nie.
- Zamknij je do cholery! – warknął.
Wystraszyła się nieco, ale posłusznie zacisnęła powieki. Spodziewała się czegoś w rodzaju wywieszenia przez belkę w celu zastraszenia lub nagłego zawału, ale nie tego…
Usłyszała, że wstaje z miejsca i siada blisko niej. Czuła jego oddech na swojej twarzy. Rozgrzane powietrze obijało się o jej policzki, poharatane czarnymi smugami.
- Wierzysz w anioła stróża, Michael? – szepnął melodyjnym głosem, a  po jej ciele przepłynął dreszcz.
- Gdyby nie on, chyba już bym nie żyła, prawda? – spytała szeptem.
- Słuszny wniosek – mruknął.
Pachniał drogą wodą kolońską. Wyczuła ten delikatny zapach, gdy zbliżył się do niej na kilka centymetrów. Uchyliła lekko powieki, aby zobaczyć turkusowe odbicia i nie zawiodła się. W świetle księżyca były jeszcze piękniejsze. Wpatrywały się w nią z wielką niewiadomą, poszukując w jej szmaragdowo-szarych przyzwolenia.
- Wierzysz w magię, Michael Revens? – spytał, a gdy wypowiadał te słowa wyczuła jak jego wargi lekko muskają jej.
- Zaraz się przekonam – powiedziała równie cicho, co on.
Obchodził się z nią jak z szklaną figurką. Każdy ruch był delikatny, wyważony, jakby nie chciał jej uszkodzić. Starał się być perfekcyjny, chociaż dla niej był w stu procentach. Musnął jej dolną wargę, delikatnie, jako ostrzeżenie, po czym wziął ją w swoje miękkie usta. Poczuła, ze świat wokół niej wiruje, zdawało się jej, że lata, unosi się w jakiejś magicznej przestrzeni, którą dla niej stworzył. Jego silna dłoń leciutko gładziła napuchnięty policzek. Czuła jak poprzez pocałunek wlewa w nią jakąś dziwną, monumentalną energię, która rozchodziła się po całym jej ciele. Gdy powoli odrywał się od niej, zdesperowana przysunęła się w jego stronę, chcąc więcej. Wiatr rozwiewał im włosy, gdy tonęli w gorącym pocałunku, a ręce błądziły, poznając ciało przeciwnej osoby. W końcu Xavier odsunął się lekko. Revens otworzyła oczy i lekko się zawstydziła.
- Mała Mi dobrze całuje, no proszę – zaśmiał się.
- Och, przymknij się! – zawtórowała mu śmiechem i potargała mu włosy.
- Wracamy? – zaproponował.
- Tak, mama mnie zabije za to spóźnienie. – Schowała twarz w dłonie. – Pewnie wyglądam jak zmora.
- Przesadzasz – odpowiedział.
- To zostaje między nami? – spytała, patrząc na niego.
- Są jeszcze gwiazdy, ale myślę, ze nikomu nie powiedzą – uśmiechnął się.
- Tak poza tym, masz piękny głos – przyznała.
- Chodźmy już, bo zaczynasz majaczyć – prychnął, okrywając ją swoją bluzą.
~*~
Nazajutrz w dobrym nastroju spędzała czas z Amy w parku. Sobotnie popołudnie rozkosznie częstowało ich ciepłym słońcem.
- Wczoraj myślałam, że zginiesz, całe szczęście, że chłopaki w porę Cię wyciągnęli – powiedziała Amy.
- Tak, miałam szczęście – odparła, karmiąc Avisa ciasteczkami.
- Xavier odwiózł Cię spokojnie do domu? – spytała blondynka, podkurczając nogi pod siebie, siedząc na ławeczce.
- Można tak powiedzieć – Michael uśmiechnęła się tajemniczo.
- Całowaliście się? – spytała.
- Co?! Co…eee…nieeee – zaprzeczała Revens.
- Nie oszukasz mnie – odparła, kłując koleżankę w boczki.
- Przestań, no dobra, pocałował mnie, wielkie halo – zaśmiała się. – Tylko błagam, nikomu nie mów – zapiszczała.
- Oczywiście – przytaknęła. – Od razu wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie, tym razem chce być pierwszy…
- Co? – spytała zaciekawiona Remi.
- Oj, niepotrzebnie gadałam…
- Zaraz mi wszystko wyjaśnisz – mruknęła Revens i podbiegła do Kevina, który szedł nieopodal, ze słuchawkami w uszach.
- Cześć – powiedziała wesoło, podbiegając do brązowowłosego.
- O, to Ty – mruknął. – Cześć.
- Chciałam Ci podziękować za uratowanie życia, wczoraj – oznajmiła cicho.
- Nie zrobiłbym tego, gdybym wiedział, że zachowasz się tak głupio i dasz się nabrać na gry Xaviera – powiedział oschle.
- Słucham?
- Przejrzyj na oczy, Revens, zanim będzie za późno. – Ominął ją i odszedł.



 Witam, witam! :D Jeny, cieszę się, że napisałam ten rozdział, aniołki :D <3 Mam nadzieję, że się spodobał ^^
Przepraszam, że tak długo trzeba było czekać, ale szkoła ://
Chyba każdy zna tego potwora :)
Dużo dialogów, ale mam nadzieję, że są ciekawe :)
Wreszcie scena romantyczna xD Zagadki, zagadki, ale niedługo to wszystko się rozwikła :)
Liczę na bogate komentarze <3 :D Kocham i pozdrawiam. A.M.Black

sobota, 30 sierpnia 2014

#8 Festyn, urwisko i głos Anioła.

Rano czekała ją zaskakująca wiadomość. Wraz z powiadomieniami przyszedł jej sms na komórkę od Amy.

Kochana, dzisiaj urządzamy ognisko na urwisku J Musisz być <3 Będą sami znajomi.

Z uśmiechem na twarzy wychodziła z domu, aby udać się do szkoły.Piątek…Bardzo lubiła ten dzień. Jednak radość z jej twarzy nagle znikła, a na jej miejsce wszedł widok Kevina. Stał na drugim końcu ulicy, machając do niej ręką. Odmachała i z odwagą podeszła w jego stronę. Doskonale wiedziała, że siła, jaką posiadał mogłaby ją zabić. Była przecież niziutka, chudziutka, ale mimo to zadziorna i zaczepiarska.
- Cześć Kevin – zaczęła pierwsza, wymuszając uśmiech.
- Hej Remi – odpowiedział mniej entuzjastycznie.
- Chciałeś o czymś porozmawiać…- przypomniała, gdy szli.
- Oczywiście, już mówię o co chodzi…
W tym momencie Xavier ominął ich bez słowa, posyłając Remi tajemnicze spojrzenie, jakby chciał jej przekazać jakąś ważną wiadomość.
- Dziwny jest. – Michael nie odpowiedziała na ten komentarz Kevina, jednak skwitowała to nieprzyjemnym spojrzeniem. – Chodzi o to, że pod koniec miesiąca będzie festyn i mój kuzyn przyjeżdża z kapelą, nie chciałabyś pójść ze mną? – Ostatnie słowa pytania, wymówił przyciszonym głosem.
- Jeśli będę mogła, to z przyjemnością – odpowiedziała, patrząc jak Xavier znika za rogiem uliczki, przez co jej ton mógłby się wydawać nieco rozmarzony, bądź nieobecny.
Przed oczami zatrzymał jej się obraz, w którym Kevin uderza Xaviera w zranione miejsce, przykryte bandażem. Mimowolnie odsunęła się od niego, czując zagrożenie. Pożegnali się w szatni i Michael trafiła w objęcia Amy.
- Dostałaś wiadomość? – spytała, gdy wchodziły do klasy na matematykę.
- Tak, mama się zgodziła, ale o 21.00 mam być w domu – oznajmiła, siadając na ławce.
- To cudownie! Będzie ognisko, pianki…- Michael nie słuchała dalej podnieconego głosu koleżanki, skupiła się na Xavierze. Ubrany w czarną bluzę z metalowym zespołem, wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem, po czym spuścił go w ekran swojego telefonu.
Poczuła dzikie wibracje w swojej kieszeni. Ze zdziwieniem odczytała:
„Nie powinnaś tego widzieć tamtej nocy. Kevin nigdy nie zrobi Ci krzywdy, nie masz powodów do obaw.”
Zmarszczyła brwi i spojrzała na Anioła Śmierci. Dał jej znak spojrzeniem, aby nie gapiła się jak w malowane wrota.
Była zdziwiona, że ów człowiek, z którym nie była w przyjaznych relacjach, znał jej numer telefonu. Nic nie rozumiała z tego wszystkiego. Lockwood zostaje dotkliwie pobity na ringu, a teraz wstawia się za wrogiem. Zdecydowała, że nikomu nie ufa. Wszyscy mają przed nią jakieś chore tajemnice, sekrety…Miała po prostu dość.
- Remi, słuchasz mnie?! – spytała Amy.
- Oczywiście – skłamała i usiadła normalnie w ławce, bo zadzwonił dzwonek.
~*~
Dzień w szkole minął w miarę szybko. Czekała w domu, aż Amy odbierze ją i pojadą nad urwisko. Nigdy nie była w tym miejscu, toteż była bardzo ciekawa jak wygląda. Usłyszała trąbnięcie samochodu i z ciekawością wyjrzała za okno. Na podjeździe stał czerwony citroen c4. Zauważyła, że piękna blondynka wysiada i wchodzi na podwórko.
- Cześć Amy! – Michael zawołała entuzjastycznie, wychodząc z domu.
- Xavier nas podwiezie, wziął auto od ojca – wyjaśniła, łapiąc dziewczynę za rękę, po czym pociągnęła ją do auta.
- Cześć wszystkim – powiedziała Remi, wsiadając na tylne siedzenie.
Xavier prowadził, a obok niego siedział wesoły Joe, z tyłu, szerokim uśmiechem, powitała ją Elizabeth. Jechali piętnaście minut, gawędząc przyjemnie. Remi była w wyśmienitym humorze. Pod koniec wycieczki jechali pod górkę, a za oknem można było podziwiać piękny, sosnowy las. Zaparkowali na poboczu i wysiedli z auta. Revens zauważyła migoczący ogień i kilka osób siedzących przy nim, w tym Kevina. Już zrozumiała co oznaczało w tym momencie „urwisko”. Trawiasty plac nagle kończył się przepaścią, na dole rozciągał się piękny las, można było ujrzeć także małą rzeczkę, która przepływała niedaleko.
- Jak pięknie – powiedziała cicho do siebie, stojąc niedaleko skraju, podziwiając widoki.
- Uważaj Remi, nie spadnij – zawołał Kevin.
- Stoję dwa metry od krawędzi – oznajmiła.
Usiadła na wielkiej beli, obok Amy i Xaviera.
- Nocowanie integracyjne jest przesunięte na za tydzień – oznajmiła Elizabeth, gdy częstowała wszystkich piankami.
- Dlaczego? – spytał Joe.
- Taka wola jaśnie pani dyrektorki – wytłumaczyła czekoladowowłosa.
Nagle coś zaszeleściło za nimi. Remi przysunęła się bliżej Amy. Wszyscy zamilkli. Xavier i Kevin wstali, nasłuchując co to. W tym momencie zza drzew wybiegło kilka osób.
- Te wasze miny, jakbyście diabła mieli zobaczyć – skomentowała pewna dziewczyna.
- Wystraszyliście nas – zaśmiała się Amy i podeszła się przywitać.
Michael nie znała żadnej z tych osób toteż siedziała grzecznie na miejscu, oczekując wyjaśnienia sytuacji. Kątem oka zauważyła, że Xavier przysiadł się do niej, ostrożnie zwróciła wzrok ku niemu.
- Spokojnie, to moja siostra z kumplami, są w miarę normalni – skomentował jej spojrzenie.
- Mogłabym Cię poprosić o pomoc? – spytała, ukazując pianki w swojej dłoni. – Nigdy nie robiłam tego czegoś…
- No co Ty?! Nigdy pianek nie piekłaś? – zaśmiał się Lockwood.
- Tak, jestem piankowym niedorozwojem – wyjaśniła, śmiejąc się.
Przyniósł dwa kijki, jeden podał dziewczynie.
Gdy tłumaczył jej jak wszystko dokładnie robić, przysiadł się do nich Kevin.
- Xavier, twoja siostra coś od Ciebie chce – zakomunikował
- To nie jest trudne, dasz radę – powiedział do Michael oschłym tonem.
Dziewczyna z ciekawością obejrzała się za nim, tym samym dowiadując się, która osoba to siostra Lockwooda. Była ładna. Szczupła, brązowowłosa, z pięknym uśmiechem nie przypominała w żadnym stopniu Xaviera. Na oko mogła się zdawać starsza od chłopaka. Rozmawiali o czymś przejmująco.
- Spaliłaś – zaśmiał się Kevin.
- Um…Co?! – spytała zdezorientowana.
Wskazał na koniec jej patyka, na którym pianka zajęła się ogniem.
- Zjedz moją, ja jakoś straciłem ochotę. – Podarował jej smakołyk z uśmiechem.
Z chęcią przyjęła ten podarunek i od razu zakochała się w tym smaku. Słodycz rozpływała jej się w ustach.
- Ty i Xavier niezbyt za sobą przepadacie – oznajmiła, po czym wytarła usta.
- Ech, to nie tak…Po prostu…Ciężko to wytłumaczyć, ale…
- Spokojnie, nie chcesz to nie mów – przerwała z uśmiechem.
Amy wróciła na miejsce.
- Już jestem, nie przeszkadzam? – spytała, widząc nastrojową chwile.
- Nie – odpowiedziała Remi.
Xavier skończył rozmowę, jednak usiadł po drugiej stronie ogniska. Czarne, bujne włosy przykrył kapturem od bluzy, tego samego koloru. Remi mogła zauważyć migotanie ognia, w jego turkusowych oczach. Były magiczne.
- Bracie, czyń honory – powiedziała siostra Xaviera, podając mu gitarę.
- Zapomnij, nie będę grać – burknął.
- Xavier zagraj! – zawołała Elizabeth.
- Nie będę grać…
- Xavier chodź tutaj, zagraj nam, no proszę! – krzyknęła Amy.
- Dobra, ale się zamknij wreszcie – burknął.
Przyszedł z łaską i usiadł niedaleko nich, na ziemi. Nastroił gitarę i patrzył w nich męczeńskim wzrokiem.
- Co chcecie? – spytał.
- Może tamtą piosenkę co śpiewałeś na zakończeniu wakacji? – zaproponowała Amy.
- Mam jeszcze śpiewać?! Chyba oszalałyście – odmówił.
- Odważny Xavier boi się zaśpiewać piosenkę? – podpuściła go Revens.
- Nie, Mała, nie boję się – wytknął jej jezyk, po czym uśmiechnął się głupawo, widząc jej minę. Nienawidziła, gdy ktoś mówił do niej Mała.
Jednak złość zastąpiło zdziwienie. Gdy zaczął śpiewać myślała, że śpiewa Anioł. Nigdy by nie uwierzyła, gdyby ktoś jej powiedział, że tak aspołeczny człowiek skrywa tak wielki talent. Głos miał męski, aczkolwiek pięknie wchodził w wysokie tony. Piosenka była cudowna, jednak Remi nigdy jej nie słyszała.
Nie chcę marnować weekendu,
jeśli mnie nie kochasz, udawaj
jeszcze kilka godzin, a potem nadejdzie czas, by odejść.
Gdy mój pociąg odjeżdża wzdłuż wschodniego wybrzeża,
ciekaw jestem, jak się ogrzejesz.
Jest za późno na płacz, zbyt niepewnie, by ruszyć dalej.

To tylko kropla w oceanie,
Lecz zmieniła pogodę...
Modliłem się, że może i my skończymy razem.
To tak, jakby pragnąć deszczu, stojąc na pustyni.
Ale ja trzymam Cię najbliżej ze wszystkich,
ponieważ jesteś moim niebem…

Gdy skończył cisza zdawała się być dla niej karą. Tak bardzo chciała, aby nigdy nie kończył.
- Wow…Xavier Lockwood potrafi grać na czymś więcej niż na nerwach – skomentowała i posłała mu piękny uśmiech.
Nic nie odpowiedział, jedynie odłożył gitarę i poszedł porozmawiać z kolegą. Remi podeszła znów nad skraj urwiska, jednak znacznie bliżej niż wcześniej. Zapadł lekki zmrok, a na niebie można było zobaczyć pierwsze gwiazdy. Widok był naprawdę niesamowity. Objęła się rękami, bo nagle zerwał się zimny wiatr, który hulał jej pod koszulką, liżąc dreszczem plecy.
- Michael! – usłyszała głos Amy.

Odwróciła się zbyt gwałtownie i straciła równowagę. Zacisnęła mocniej powieki, bo wiedziała co ją czeka… Poczuła dziwne uczucie w żołądku. Zaraz spadnie, roztrzaska się o ziemię…Umrze…



Hej Aniołki! ;*
Przepraszam za taką obsuwę :C Miałam wstać o 8.00 rano, napisać rozdział na 12.00, ale wstałam o 13.30 :C Wybaczcie <3 Postaram się być punktualna na następny raz :< Rozdział mi chyba nie wyszedł :/ Taki jakiś :/ Jeśli o piosenkę, którą śpiewał Xavier to włącznie sb #1 na górze w odtwarzaczu :3 Liczę na komentarze :D
+ Można pisać na gg do mnie 51153924
KOCHAM WAS <3 :3

niedziela, 24 sierpnia 2014

#7 Walka, łzy i turkusowe przestrogi.

Wracała do domu zalana gorącymi łzami, trzęsąc się ze strachu. To, co przed chwilą ujrzała przeszło jej najśmielsze wyobrażenia o owej „walce”. Doszła do domu. Weszła szybko do środka i nic nie mówiąc pobiegła do swojego pokoju, po czym zatrzasnęła drzwi. Osunęła się na podłogę, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Wspomnienia tego wieczoru wracały do niej długi czas, powodując falę złości, żalu i płaczu.
Weszła tam. Do tego przeklętego tłumu. Na powitanie poczuła ostry zapach papierosów i alkoholu. Ludzie krzyczeli i dopingowali, pragnąc więcej emocji, krwi, bólu. Na środku umieszczony był kwadratowy ring. Nawet z daleka można było świetnie widzieć tę krwawą rzeźnię.
- Pierwsza walka tego wieczoru, pomiędzy dwoma przedstawicielami wagi lekkiej. W każdy 10 dzień miesiąca możemy podziwiać to ekscytujące widowisko – usłyszała głos prezentera, próbując przepchać się bliżej.
Xavier jak i Kevin stali w dwóch przeciwnych narożnikach, patrząc na siebie spod byka. Revens próbowała krzyknąć do nich, aby zakończyli to szaleństwo, jednak gong zawył. Obaj byli bez koszulki. Doskonale można było zauważyć, że Anioł Śmierci jest obwiązany bandażami. Dlaczego brał w tym udział? Dlaczego tego nie odwołali?
Pierwsze ciosy były tak mocne, że Michael musiała odwracać głowę. Wciąż jednak krzyczała, aby przestali. Nie poznawała w tamtym czasie Kevina, z pozoru miłego, zabawnego chłopaka. Oszukiwał ją. Xavier upadł na podłoże, dostając cios w bok, który był ranny. Wtedy zrozumiała jak paskudnym człowiekiem jest Boovel. To on okaleczył Xaviera, aby wygrać w walce. Polała się pierwsza krew. Remi zaczęła dziwnie się czuć. Przed zasłabnięciem uchronił ją Joe, bliski kolega Lockwooda.
- Ej, Revens, nie powinno Cię tu być, chodź idziemy…- Po czym wyprowadził ją z budynku.
Amy stała na zewnątrz, trzymając Avisa na smyczy, w jej oczach pojawiły się łzy.
- Co to ma znaczyć Joe? Co oni wyprawiają!?
- Amy…Naprawdę chciałbym wam powiedzieć – szepnął, podtrzymując Michael. – Powiem tyle, chodzi tu o coś więcej niż zwykły boks.
~*~
Szła do szkoły, balansując na krawężniku. Przystanęła przy pięknym domu, w którym mieszkał Xavier. Postanowiła, że przyjdzie z nim porozmawiać po zajęciach. Nie miała, co liczyć na to, że dziś spotka go w sąsiadującej ławce. Znów pojawił się przed oczami obraz, w którym turkusowe oczy zachodzą mgłą, a na twarzy pojawia się ból.  Nie zapomniała też satysfakcji w oczach Kevina, który najprawdopodobniej wygrał walkę.
Wiatr podwiewał jej sukienkę. Już od rana żałowała, że założyła to coś na siebie. Zazwyczaj miała wylane na „dziewczęcość” i chodziła jak fleja. Kompletnie nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu.
Tak jak twierdziła, Xavier nie pojawił się w szkole, za to Kevin jak najbardziej. Patrzyła na niego z obrzydzeniem, gdy śmiał się z gromadką chłopaków.
- Nie przejmuj się tak Remi, Xav jakoś się wyliże. – Pocieszyła ją Amy, gdy szły na angielski.
~*~
Zapukała w piękne, ozdobione szklanym wzorem, drzwi. O dziwo jej „mały” hałas ktoś usłyszał. Usłyszała skrzypnięcie i w drzwiach stanął przystojny dwudziestolatek. Te same, turkusowe morza, z brązowymi wyspami, przywitały ją spojrzeniem.
- Masz słabe knykcie, księżniczko, następnym razem dzwoń dzwonkiem – uśmiechnął się sarkastycznie.
- Wy ten uśmieszek macie chyba we krwi – powiedziała wrednie, w myślach rzecz jasna. – Jednak usłyszałeś – odpowiedziała kąśliwą uwagą. – Jest Xavier?
- Jest, znaczy…eee…jest trochę nieswój dzisiaj – zaczął wyjaśniać, najprawdopodobniej brat Lockwooda. – Jestem Etan, starszy brat, niektórzy sądzą też, że przystojniejszy – zignorowała tą uwagę.
- Trudno być „nieswój”, gdy poprzedniej nocy dostało się niezłe kwiatki na ringu. – Była naprawdę wkurzona.
- Jak on wytrzymuje z Tobą, wejdź. – Zaprosił gestem ręki.
Dopiero teraz zauważyła, że jest bardzo wysoki i postawny.  W korytarzu mieścił się wieszak na kurtki, komoda i piękne, stare lustro. Zdjęła kurtkę i weszła na wysokich botkach do salonu. Byli bardzo bogaci, sądząc po obecności wielkiej plazmy na ścianie i nowego x-boxa.
- Na górę, pierwsze drzwi po lewo. – Wskazał palcem lewej ręki, w drugiej trzymał kryształową szklankę, napełnioną rdzewną whiskey.
Weszła po drewnianych schodach i odnalazła białe drzwi. Zapukała cicho, po czym nagle odskoczyła, bo drzwi nagle się otworzyły, a w nich stał Anioł Śmierci. Wzrok miał mętny, ledwo ją poznał. W jego pokoju panowała ciemnia, wszystkie okna zakryte były żaluzjami.
- To już czas na pogrzeb? – powiedział poważnie, po czym wybuchnął śmiechem, na co mu zawtórowała tym samym.
- Czy Ty zawsze musisz tak żartować? – spytała, z uśmiechem na twarzy.
Dopiero teraz zauważyła, że chodzi w samych spodenkach. Spojrzała na jego klatkę, całą osiniaczoną. Spotkał jej wzrok, na co założył koszulkę z jakimś zespołem, nie chcąc częstować jej tak okropnym widokiem.
- Wiem o co chcesz spytać. – Wskazał jej czarną sofę, na której posłusznie siadła, a on zajął miejsce na pufie, tego samego koloru. – Jednak nie mogę udzielić ci jej w stu procentach…
- Dlaczego…dlaczego w ogóle to się odbyło? To jakiś pokaz siły, czy coś?! – spytała oburzona.
- Tylko tam, przez tę jedną chwilę możemy się naprawdę nienawidzić. – Sięgnął po szklankę i wypił spory łyk wody.
- Co znaczy „tylko tam możemy się nienawidzić”? – zapytała.
- Nie mogę Ci powiedzieć – burknął, patrząc jej w oczy.
- Dlaczego?! – oburzyła się, przez co jej ton stał się piskliwy.
- Czemu się tak o mnie troszczysz, znamy się nie lada tydzień?!
- Odwracasz kota ogonem! – skomentowała.
- Dobra! Jeśli powiedziałbym Ci, stałabyś się tego częścią, a to by Ci zaszkodziło – powiedział głośnym tonem, na co lekko się wystraszyła, wcisnęła się w kanapę i zastanawiała, czy aby dobrze zrobiła, że tu przyszła. – Błędem było tu się przeprowadzać, Michael. – Znów wypowiedział jej imię, bardzo to na nią działało, dzięki temu zrozumiała powagę jego słów. – Venus Cove to…to złe miejsce dla takiej jak ty…- szepnął.
- Mówisz zagadkami…- odpowiedziała, cicho. – Skoro nie chcesz mówić, nie będę Cię prosić. – Dumnie uniosła podbródek i wstała z miejsca. – Wypoczywaj.
Potem zobaczył tylko jak znika za drzwiami, wściekła w duchu. Wcale jej się nie dziwił.
- Ładnie wyglądasz…- szepnął, czego już na pewno nie usłyszała, bo usłyszał zamykanie się głównych drzwi.
Upił kolejny łyk wody, która nie była zwykłą wodą. Poczuł gorąco, rozchodzące się po brzuchu i ulgę w cierpieniu. Wódka.
- Nic nie wie? – spytał brat, wchodząc do pokoju.
Xavier pokręcił przecząco głową, spuszczając ją.
- To jej nic nie mów…
- Właśnie to robie, ale…
- Wiem to ciężkie – skomentował brat, kończąc swoją whiskey.
- No co ty?! – spytał sarkastycznie, ponownie chowając twarz w dłoniach.
- Uważaj na nią, Kevin…
- WIEM! – krzyknął.
- Nie panujesz nad sobą…sialalala – uśmiechnął się szeroko.
- Wynoś się!
~*~
Ubrana w pidżamę, z cieplutkimi skarpetkami na nóżkach, wzięła swojego laptopa i włączyła tradycyjnie facebook’a.
Wyświetliło się okno czatu. Napisał do niej Kevin i Xavier jednocześnie. Najpierw przeleciała wzrokiem krótką, aczkolwiek treściwą, wiadomość od turkusowookiego.
X: KEVIN NIE MOŻE WIEDZIEĆ! Zachowuj się, jakbyś tego nigdy nie widziała! To ważne…Proszę.
M: Musi być bardzo ważne, skoro w geście desperacji piszesz „proszę”.
X: Bardzo.
M: Ok., ale wyjaśnisz, o co chodzi?
X: Wkrótce się dowiesz sama…
Zielona kropka znikła.
Remi przeniosła się na okienko Kevina.
K: Hej śliczna, coś się stało? Dzisiaj dziwnie się zachowywałaś J
M: Głowa mnie bolała, wszystko w porządku :D Co u Ciebie?
K: Uff już się bałem…Wszystko jak najlepiej, widzimy się jutro rano w drodze do szkoły? Chcę z Tobą o czymś porozmawiać, to ważne J
M: Nie ma problemu J Wychodzę 7:30.
K: Ok. J
Wylogowała się. Miała mętlik w głowie. Nie wiedziała, komu do końca ufać, wysłuchała jednej strony, bardzo tajemniczej strony. Jednak bardziej ufała Xavierowi, nawet polubiła go trochę i zaczęła rozumieć jego sarkastyczne żarty. Zgasiła światło, wtuliła się w Avisa i zasnęła…

Rano czekała ją zaskakująca wiadomość…


___________________________________________________________________

Hej kochane aniołki :) Przepraszam, że wrzucam tak późno, ale rozdział miał pojawić się o 12.00 jednak się skasował -,-'' Niewydarzona Ada, nie umie rozdziału zapisać :C Pisałam od nowa :C
Przepraszam za błędy,a le w 30 minut on powstał xDD
Kocham i dziekuję za komentarze :D Im więcej, tym szybciej będzie rozdział 8 :3
Kocham miśki, papa ;*

czwartek, 21 sierpnia 2014

#6 Atak, krew i szok.

Rozdział dedykowany moim obserwatorkom <3 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Amy odpowiedziała, że absolutnie nie wie, o co chodzi. Revens machnęła na tą całą walkę ręką i nie szukała więcej odpowiedzi na to pytanie. Może chodziło o jakąś grę komputerową, albo coś.
9 września był wietrznym dniem. Michael siedziała samotnie w domu, pisząc wypracowanie na angielski, dotyczący tolerancji w szkole. Zwykła rozprawka, ale męczyła się z nią bardzo długo. Spojrzała na zegar, który wskazywał równo osiemnastą. Mama Revens pracowała w klinice na nocnej zmianie, a młodsza siostra przesiadywała tydzień u babci. Zeszła na dół do kuchni  zrobić sobie kakao. Włączyła sobie radio, które w tym właśnie czasie odgrywało „Waiting Games”.
Co jeśli nigdy już Cię nie zobaczę bo oboje stoimy na scenie
Nie mów mi, żebym słuchała twojej piosenki, bo to nie to samo
Nie chce powiedzieć, że twoja miłość to gra na zwłokę.
Nuciła cicho, czekając na zagotowanie się mleka. Zalała białym płynem brązowy proszek i aż przeszedł ją przyjemny dreszcz, gdy poczuła zapach kakao. Nagle usłyszała głośne łomotanie w tylne drzwi domu. W myślach układała najczarniejsze scenariusze. Avis, jej pies, śpiący obok sofy nawet nie drgnął.
- Obrońca, nie ma co – szepnęła w myślach.
Usłyszała jeszcze raz jak ktoś wali w drzwi. Podeszła i zobaczyła przez szklany element, że to Xavier Lockwood. Czym zasłużyła na tę wizytę. Otworzyła, przybierając buntowniczą minę. Chwiał się, przez chwile myślała, że jest zapity. Zmieniła jednak zdanie, gdy zobaczyła cieknącą krew z jego czarnej koszulki…
~*~
- Co o tym myślicie? – spytała Amy do Midney i Elizabeth, siedzących naprzeciwko.
- Nocowanie integracyjne to naprawdę świetny pomysł, jednak trzeba zapytać dyrektorki o zgodę – odpowiedziała ciemnoskóra, która objęła posadę zastępczyni Vinbrook.
- W takim razie do Ciebie Midney będzie należało zebranie pieniędzy.
- Oczywiście, to nie problem, a o jaką kwotę chodzi? – spytała, notując wszystko.
Dziewczyny jeszcze bardzo długo rozmawiały w kawiarni na temat organizacji nocowania. W końcu temat zszedł na nieco luźniejsze sprawy, takie jak plotkowanie na temat uczniów.
- Zauważyłyście, że Kevin każdego dnia odprowadza Revens do domu? – zagadała Midney.
- Tak, nic w tym dziwnego, jest miła i sympatyczna, mieszkają obok siebie – dopowiedziała Elizabeth, po czym upiła łyk swojego Capuchino.
- Na pewno chodzi o to, aby dopiec Xavierowi – stwierdziła dziwnym tonem koleżanka.
- Przestań Midney! Jesteś po prostu zazdrosna, bo Boovel ci się podoba, od trzeciej klasy…- mruknęła blondynka. Amy bardzo zżyła się z Revens przez ostatni czas, dlatego postanowiła bronić jej w każdej sprawie.
- Nie prawda! – żachnęła się dziewczyna.
- Każdy to widzi, Ney…- powiedziała cicho Elizabeth, uśmiechając się delikatnie. – Tylko nie musisz od razu wjeżdżać na Remi, myślę, że ona i Kevin to tylko i wyłącznie koleżeństwo…
- Popieram El! – powiedziała entuzjastycznie Amy.
- Mimo wszystko nie przepadam za tą dziewczyną…
- Nie każemy ci się z nią przyjaźnić! Tylko przestań być dla niej taka gburowata, na W-F specjalnie trafiłaś ją piłką. – Elizabeth zaczęła szukać dzwoniącego telefonu w jej torbie.
- Zmieńmy temat – powiedziała Amy. – Kiedy wybieramy się nad urwisko? – spytała.
- Faktycznie, przydałoby się tam urządzić małe ognisko, może za dwa tygodnie…- przyznała Midney. – Dobrze, ja muszę lecieć, mamy jeszcze te wypracowanie na angielski…
- Och! Na śmierć zapomniałam! – krzyknęła Amy, waląc się w czoło.
~*~
- XAVIER! BOŻE! CO SIĘ STAŁO?! – Zaczęła panikować, bo nie wiedziała co się dzieje.
- Spokojnie mała. Jest ktoś u Ciebie w domu? – spytał, ledwo słyszalnym głosem.
- Nie jestem sama, matka wraca późno – powiedziała panicznym tonem.
- To świetnie…- wyszeptał. – Mógłbym…- nie dokończył, osunął się na kolana.
Przyklękła przy nim, wzięła w swoje małe dłonie jego twarz. Turkusowe oczy otwierały się leniwie, prosząc o pomoc. Były naprawdę piękne, dopiero teraz mogła ujrzeć piwne, małe plamki przy źrenicach.
- Zadzwonię po karetkę, leż tu spokojnie – powiedziała, a on natychmiast oprzytomniał.
- Nie! – krzyknął, łapiąc ją za rękę. – Nigdzie nie dzwoń. – Zaczął podnosić się powoli i chwiejnie, opierając się o futrynę drzwi. Przytrzymała go.
- Dobrze, po…poradzimy sobie jakoś sami – szepnęła.
Revens pomogła dojść mu do kuchni i posadziła go na krześle. Zobaczyła na swoim swetrze krew. Spojrzała na niego. Anioł Śmierci. Dosłownie.
- Co się stało Xavier? – spytała głośno, aby usłyszał, po czym ściągnęła mu koszulkę.
- Dlaczego mnie rozbierasz, kochanie? – spytał, uśmiechając się sarkastycznie.
- Czy Ty zawsze musisz taki być, nawet jeśli krwawisz od rany ciętej?! – warknęła, patrząc na rozcięcie, rozciągające się od końca lewego żebra, aż do pępka. – Co się stało?! – zapytała ponownie, szukając apteczki w górnej szafce.
- Małe zadrapanie, nic mi nie będzie – zapewnił. – Masz może wódkę? – spytał, gdy zobaczył, że idzie z jakimś marnym bandażykiem.
- Po co?
- Dostałem czymś i nie wiem czy nie było zakażone, poza tym tak się robi zawsze w filmach – zaśmiał się.
- Jesteś nienormalny – burknęła, podając mu alkohol.
Najpierw oczyściła ranę ściereczką, nasączoną wodą utlenioną. Syknął z bólu.
- Szczypie? – spytała, robiąc kwaśną minę.
- Nie, gilgocze kurwa! – krzyknął, zaciskając pięści i szczękę.
- Spokojnie, już skończyłam, teraz mam ci to polać wódką czy jak? – spytała, nie wiedząc co robić.
- Lej, wszystko jedno – mruknął.
- Jak się czujesz? – spytała, gdy już założyła bandaże.
- Jak człowiek pociachany nożem. Jednym słowem zajebiście – odpowiedział kąśliwie.
***
- Powinieneś iść na policję – stwierdziła. – Jak to się stało tak w ogóle? – zapytała, gdy siedzieli u niej w pokoju na łóżku.
-  Szedłem parkiem, ktoś wybiegł, ciachnął mnie nożem i uciekł. Potem chciałem iść do domu, ale nie dałem rady, wiedziałem gdzie mieszkasz i przyszedłem – powiedział spokojnie.
Revens czuła się nieswojo, siedząc przy nim i normalnie rozmawiając, bez cienia sarkazmu w wypowiedziach.
- Masz wielu wrogów, przypuszczam – szepnęła, patrząc w swój kubek herbaty.
- Z jednym siedzę i piję sobie herbatkę – zaśmiał się.
Pierwszy raz słyszała jego szczery śmiech, bez cienia kpiny, udawania. Był całkiem znośny, gdy byli sam na sam.
- Ten ktoś, kto cię zaatakował, jaki miał cel w okaleczeniu Ciebie? – zapytała, patrząc mu w oczy.
- Niektórzy nie umieją walczyć fair, Michael – powiedział cicho i założył jej kosmyk za ucho.
Nie pytała dalej, ponieważ dobrze wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi. Jednak cieszyła się w duchu, że wypowiedział jej imię, dziwne, zazwyczaj zwracał się do niej „Mała”, „krasnal”, „gnom”. Cóż za miła odmiana.
- Zbieram tyłek. Już 21.00. Wracam do domu – powiedział, wstając z łóżka.
- Zapomniałeś o czymś – powiedziała Remi.
- Co znowu?
- Dziękuję! – warknęła Remi.
- Och, nie ma za co Revens, to taki mały prezent widzieć mnie półnagiego. Nie masz za co dziękować – odpowiedział melodyjnym głosem i wyszedł na chodnik, uśmiechając się sarkastycznie. Uwielbiał jej dokuczać.
- Jesteś idiotą, Lockwood! – krzyknęła za nim i zamknęła drzwi.
***
Kładąc się do łóżka miała w głowie jego słowa „Niektórzy nie umieją walczyć fair, Michael”. Potem przypomniała sobie kręgle „ Za tydzień walka…”. Wszystko układało się w dziwną całość, ale nadal nie wiedziała o co chodzi z tą walką. Przytuliła Avisa, który przyszedł najwidoczniej dotrzymać jej towarzystwa w nocy. Powoli zasypiała…
- AMY zaspałaś! – krzyknęła mama, waląc dziewczynę poduszką.
- Jak to…Jest dopiero…CHOLERA!
Śniadanie jadła biegnąc do szkoły, z pączkiem w gębie.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziała miłym głosem, przychodząc na lekcje historii.
- Zostało ci wybaczone – odpowiedziała łaskawie nauczycielka.
Revens siadła do ławki, w której była już Amy. Jak zwykle wyglądała perfekcyjnie.
- Cześć. W tę sobotę jest nocowanie integracyjne, będzie tylko nasza klasa. Obecność obowiązkowa – powiedziała uśmiechnięta.
- Panno Vinbrook cisza! – zagrzmiała nauczycielka.
- Jasne, będę. Xaviera nie ma? – spytała, błądząc wzrokiem po klasie.
- Nie. Kevina też, a więc będziesz wracać do domu sama – zaśmiała się Amy.
- Jakoś dam radę.
~*~
Po szkole postanowiła przejść się z Avisem w celu poznania miasteczka. Udała się w stronę centrum, gdzie była tylko raz. Dużo małych sklepików, wokół trójkątnego rynku sprawiało wrażenie, że jest w jakimś wielkim mrowisku. Ludzi było naprawdę od groma. Wędrowała tak, aż zapadł lekki zmrok. Dostała sms-a.
Remi, nie uwierzysz gdzie teraz jestem i co robię. Błagam Cię spotkajmy się obok kręgielni. Szybko to ważne! Chodzi o X i K.
Amy.
Michael spojrzała dookoła siebie, aby określić swoje położenie. Pobiegła z Avisem główną ulica i za pięć minut znalazła się przed klubem. Kolejne mrowisko. Podejrzane typy, grupka osób, jakaś blondynka.
- Amy?! – zawołała w chmarze osób.
- REMI! – krzyknęła, podbiegając i dysząc ze zmęczenia.
- Co się stało? – spytała, trzymając mocno smycz.
- Chłopaki…oni…oni zaraz…- wskazała palcem na telebim, umieszczony na niskim dachu klubu.

Revens nie wierzyła w to co widzi. Zalazła ją fala strachu.


__________________________________________________________________

Hej Aniołki :) Rozdział trochę dłuższy :) 
Liczę na komentarze z waszej strony :)
Rozdział 7 w niedzielę, więc nie pytajcie w kom. kiedy będzie :3
Kocham was i pozdrawiam A.M.Black <3

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

#5 Kevin i turkusowe kręgle.


Rozdział dedykowany komentującym, którzy malują uśmiech na mojej twarzy :D
***



Zaczepił ją, znajomo wyglądający chłopak. Już sobie przypomniała, widywała go, gdy siedziała samotnie na parapecie swojego okna, które mieściło się na poddaszu. Szedł chodnikiem w dresie, gubiła go z oczu za zakrętem.
- Cześć – odezwał się wesoło, łapiąc jej „nieżywą” rękę i potrząsając dynamicznie.
- Hej – odpowiedziała w intonacji pytającej.
- Jestem Kevin, chodzę do przeciwległej klasy, mieszkam naprzeciwko Ciebie. – oznajmił, choć dla Michael nie było to wystarczającym argumentem, dla którego ją zaczepia. – Zawsze widuję Cię w oknie, patrzysz się na mnie i myślisz, że nie widzę. – Revens zawstydziła się tak bardzo, że jej blade policzki zabarwiły się na kolor buraka.
- Trudno nie patrzeć, gdy człowiek wygląda jak zmodyfikowana wersja Justina Biebera – odgryzła się, przyśpieszając kroku.
- Ej, nie gniewaj się, chciałem tylko poznać nową sąsiadkę, a co do Justina Biebera, to większej obrazy nie dano mi usłyszeć. – Zrobił minę smutnego pieska.
- Przepraszam . – Zaśmiała się, klepiąc go po ramieniu.
- Nie wiem czy się pozbieram po czymś takim, masz może w domu sznur do powieszenia, albo jakiś tasak do pocięcia? – Zaczął żartować, co bardzo rozbawiło Revens.
- Nie, ale mam młodszą siostrę, która może wywołać depresję, a co za tym wyniknie – zgon.
Obaj wybuchneli śmiechem.
- Bawi się z moją młodszą siostrą – poinformował.
- Któż by pomyślał, mała potwora jest bardziej towarzyska ode mnie.
Mówiąc to Revens znalazła się z chłopakiem na skrzyżowaniu, gdzie musieli się pożegnać. Blondynka miała pisane iść prosto, a dziwna imitacja Biebera w lewo.
- To cześć Kevin, miło było poznać – pomachała na odchodnym, a on uczynił to samo, obdarowywując ją ciepłym uśmiechem.
~*~
Dzień w szkole dłużył się niemiłosiernie. Zwłaszcza historia, której Revens nienawidziła ponad wszystko. Nadszedł czas na cudowną nagrodę.
- Ładnie tu – stwierdziła Michael, wchodząc do klubu.
Po prawej stronie znajdowało się pięć torów do gry w kręgle, a po lewej recepcja. Miejscówka zaopatrzona była w bar, w którym dziewczyny od razu zamówiły gorącą herbatę i bułkę słodką. Sciany pomalowane były na szaro, ale ciepła dodawały rabarbarowe paski, zamieszczone w równych odstępach. Lampy dawały ciepłe światło, a z głośników leciała młodzieżowa muzyka.
Gdy zjadły podeszły do recepcji.
- Zaprosiłam jeszcze kilka osób, powinni niedługo być  - poinformowała Amy.
- Kto mianowicie przyjdzie? – spytała Remi, biorąc swoje buty do gry w rozmiarze 36.
- Większość znasz – odpowiedziała wymijająco. – Naprawdę masz taką małą nóżkę? – spytała szybko, patrząc na swoje 39-tki.
- No niestety, jestem krasnoludkiem. – Zaśmiała się i poszły na pufy, stojące niedaleko ich toru, aby włożyć buty.
- Przyszli! – Amy wskazała palcem na grupkę osób, stojących w kolejce do „buciarni”.
Michael zdębiała, widząc czarną, lwią grzywę, opierającą się o blat recepcji.
- Co on tu do jasnej cholery robi! – krzyknęła w swoich myślach tak głośno, że aż realistycznie zabolały ją uszy.
- Cześć. – Z myśli ,jak zabić ów Pana Xaviera, wyrwał ją melodyjny głos, który słyszała wczoraj.
Odwróciła się pośpiesznie i ujrzała błękitne oczy, które wpatrywały się w nią, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Um…Hej Kevin – mruknęła jakby przez mgłę.
- Wszystko w porządku, Remi? – spytała Vinbrook, podchodząc i kładąc rękę na ramieniu blondwłosej.
- Oczywiście - uśmiechnęła się i odeszła do miejsca, gdzie leżały poukładane kule.
- Sam się wprosił – wyjaśniła Amy, mówiąc jej to szeptem.

Doskonale wiedziała, że nie zbyt przepada za Lockwoodem.
Michael postanowiła ignorować Xaviera i bawić się świetnie w towarzystwie Amy, Kevina, Elizabeth i Midney. Wszyscy rozsiedli się na pufach, toteż spokojnie mogła się zastanowić jaką kulę wybrać i jak się nie ośmieszyć.
- Ta jest za ciężka – usłyszała głos, którego już od pierwszego dnia szkoły nienawidziła tak bardzo.
- Człowiek nie może mieć aż tak turkusowych oczu…- pomyślała, patrząc na nie z zaciekawieniem.
- Jak skończysz podziwiać moje wdzięki, to weź tę. – Podał jej błękitną kulę, uśmiechając się wrednie.
Revens wyszarpała mu z dłoni obiekt i z wściekłością zbiła aż zero kręgli, co bardzo ją zirytowało. Spojrzała na Kevina, który uśmiechał się pobłażliwie. Usłyszała śmiech Xaviera, podeszła szybkim krokiem do niego. Fakt faktem, sięgała ku do połowy klatki piersiowej, ale mimo to odważyła się powiedzieć:
- W takim razie pokaż co potrafisz, mocny w słowie.
- Czyżby mała Mi była nieco poddenerwowana? – spytał cicho, przybliżając się na niebezpieczną odległość.
Revens cofnęła się krok do tyłu.
- Chcę sprawdzić, czy umiesz lepiej.
- To był błąd Remi, jest najlepszy w te klocki, no może Kevin mu dorównuje – powiedziała Elizabeth, podając Revens jej sok. – Poza tym lepiej go nie denerwować…
- Najchętniej wzięłabym tę jego owłosioną głowę i…
- Spokojnie, on się tylko z Tobą droczy – przerwał jej Kevin, który siadł z uśmiechem na pufie obok.
Michael obserwowała jak Anioł Śmierci zdejmuje czarną bluzę, dopiero teraz można było zobaczyć jak bardzo jest umięśniony. Na pierwszy rzut oka wydawał jej się chudym flaczkiem, ale teraz diametralnie zmieniła zdanie, choć nadal go nie cierpiała i chciała mu odgryźć gardło. Przez chwilę zastanawiał się jaką wybrać kulę.
- Czarna. Dlaczego mnie to nie dziwi? – spytała sama siebie.
Spojrzał na nią, ukazując białe zęby, machając ciężką bilą w lewej ręce. Zmrużyła oczy, prosząc cokolwiek istnieje, aby miał pecha i nie trafił.
Cztery szybkie kroki. Wypuszczona. Toczy się w sam środek. Zderzenie. Jeden kręgiel waha się nad upadkiem, jednak przegrywa i z łoskotem uderza o podłoże.
Revens patrzyła z niedowierzaniem. Xavier odwrócił się ze satysfakcją wymalowaną na twarzy, a jego turkusowe oczy świeciły z radości wygranej.
- To nie możliwe, zbił wszystkie…
- Strike, Mała Mi – rzekł z sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy.
 Podszedł bliżej dumnym krokiem.
- Boovel, za tydzień walka, racz się stawić – powiedział ponuro, patrząc na Kevina, a potem na Revens, następnie wyszedł z klubu i atmosfera się poluźniła.
Jednak, gdy Remi spytała o co chodzi z walką, jej sąsiad za nic nie chciał udzielić odpowiedzi. Ciekawska, postanowiła spytać wszystkowiedzącej Amy Vinbrook…


______________________

Przepraszam Aniołki, ze tak krótko :< Następny rozdział postaram się wrzucić jutro, albo pojutrze :)
Złapało mnie przeziębienie, źle się czuję i boję się, że rozdział, jak i dialogi, wyszły marnie :C
Czekam na wasze komentarze, sugestie, opinie. Na każdy odpowiem <3
Kocham was <3
Zajrzyjcie do zakładki Bohaterzy, chyba że wolicie wyobrazić sobie wygląd postaci. To zależy od was <3

Chciałabym serdecznie podziękować za taką ilość wyświetleń :D Jesteście kochani! :D
Dobranoc :D
A.M.Black 

piątek, 15 sierpnia 2014

#4 Teatr, musztra i denerwujący Xavier.

Spojrzała za okno, a na jej twarzy wymalowała się czysta satysfakcja. Wiatr i ciemno-szare chmury nawiedziły Venus Cove. Michael nigdy nie lubiła lata, ani upałów, za to wprost uwielbiała jesienną pogodę taką,  jaka była wtedy. Schowała swój brak krągłości pod dużą bluzą, na chude nogi założyła jasne jeansy, włosy lekko natapirowała, aby nie były klapnięte. Po pewnym czasie, stwierdziła, że wiatr i tak potarga je na wszystkie możliwe strony, toteż postanowiła chodź w małym stopniu uratować je czapką z daszkiem, którą założyła odwrotnie. Zrobiła delikatny makijaż i zeszła na dół zjeść śniadanie. W kuchni przywitał ją zapach tostów.
- Cześć mamo. – powiedziała, przytulając ją od tyłu.
- Dzień dobry, skarbie. – Uśmiechnęła się i gestem ręki zaprosiła ją do stołu. – Jedz, póki gorące.
Siadła, nawet nie wiadomo kiedy, wciągnęła dwa tosty, które popiła gorącą herbatą. Pożegnała się z mamą, wzięła torbę i wyszła na zewnątrz. Jej płuca zapełniło zimne powietrze, powodując dreszcz na całym ciele. Sprawdziła godzinę na telefonie i ruszyła w drogę szybkim krokiem.
~*~

Świetlica miała odbyć się w Sali numer 19. Była to najmniejsza klasa w szkole, przeznaczona raczej do dodatkowych zajęć, z mniejszą grupą. Revens zajęła przedostatnią ławkę w rzędzie obok okien. Trwała jeszcze przerwa, toteż pozwoliła sobie wyciągnąć słuchawki i ponieść się ładnej melodii.
Do rzeczywistości przywołała ją ręka, a dokładnie czyjaś ręka. Pośpiesznie zerwała słuchawki i spojrzała z pytającą minę na pewną blondynkę, która ją zaczepiła. Była naprawdę piękna. Gęste, blond, falowane włosy, które lekko okalały jej twarz, duże i pełne usta, szafirowe oczy…
- Cześć, mogę się dosiąść, wszędzie zajęte…
Faktycznie ludzie zebrali się w klasie, niektórzy siedzieli na parapetach, naprawdę nie było miejsca.
- Oczywiście. – Michael uśmiechnęła się do dziewczyny, kończąc tym samym podziwianie jej urody.
- Chodzimy razem do klasy – oznajmiła przybyszka, częstując Mi pięknym, białym uśmiechem.
- Tak? Nie zauważyłam Cię wczoraj – przyznała Revens, zaciekawiona.
- Nie byłam na rozpoczęciu – wyjaśniła.
- Jestem Michael Revens, ale możesz mi mówić Remi, jeśli chcesz, tak jest prościej. – Uśmiechnęła się, ale jej suszenie zębów niczym nie przypominało pięknego gestu koleżanki.
- Amy Vinbrook – odpowiedziała wesoło. – Jesteś nowa w Venus Cove? – zapytała, choć raczej brzmiało to jak stwierdzenie.
- Tak, niedawno się wprowadziliśmy, zdążyłam poznać sąsiadów, Ciebie i…- Ruchem głowy wskazała Xaviera, który siedział na ławce, otoczony grupą chłopaków, robiąc przy tym kwaśną minę.
Amy uśmiechnęła się znacząco, co mogło sugerować, że zna gościa bardzo dobrze.
- Xavier. Znam go dość dobrze. Człowiek-enigma, rzadko można odgadnąć jakie ma intencje.
Michael nie zdążyła się nic dopytać, bo do Sali wpadła nauczycielka. Starsza, gruba kobieta o „kocich” okularach, rozejrzała się po klasie, patrząc na młodzież jak na bandę idiotów, z którą musi spędzić całe 45 minut.
- Dzień dobry – powiedziała burkliwym tonem, na co garstka osób odpowiedziała. – Dziś pierwszaki muszą wybrać zajęcia dodatkowe, bo nie zamierzam siedzieć z wami bezczynnie całe 45 minut – wzrokiem zaczęła szukać ofiary. – Rozdaj – warknęła na Lockwooda, który siedział z założonym kapturem, odcięty tym samym od otoczenia, jednak usłyszał, brzmiąco dość męsko, głos pani.
Chłopak wziął stek ankiet i wręczył każdemu po jednym, a gdy podszedł do ławki Amy i Remi uśmiechnął się półgębkiem, zapewne przypominając sobie wczorajszą sytuacje. Revens odbiła piłeczkę spojrzeniem, pełnym pogardy i złości.
Dziewczyny zaczęły wypełniać ankietę.
- Co wybierasz? – spytała Amy.
- Chyba teatr i film.
- Też tak myślałam…
- To idziemy razem? – Revens miała nadzieję, że uda jej się zdobyć, choć jedną koleżankę, a Amy była naprawdę miła.
- Słyszałam, że babka, która to prowadzi jest nieźle szurnięta, ale razem będzie raźniej – stwierdziła i obie postawiły przy tym krzyżyk.
Xavier również został poproszony o zebranie papierów, ale robił to z wielką łaską. Michael od razu przeczuwała, że się nie polubią, ale miała cichą nadzieję, że może pozostaną sobie obojętni, jednak gdy prawie urwał jej rękę, zabierając gwałtownym ruchem ankietę, doskonale wiedziała, że na zwykłe ignorowanie nie ma co liczyć. Koleś na pewno coś do niej miał. Zmarszczyła groźnie swoje gęste brwi i zapytała sąsiadki:
- On tak zawsze?!
- Albo Cię nienawidzi, albo się mu podobasz. – mruknęła Amy, wyraźnie pochłonięta pisaniem sms-a pod ławką.
- Raczej to drugie – dopowiedziała sobie w myślach.
Matematyka zeszła im praktycznie szybko, nic nie robili, poza zapoznawaniem się z regulaminem. Michael rozmawiała cały czas z Amy, oswoiła się i nie była tak nieśmiała jak wcześniej.
Najgorzej było z angielskim, 50-letnia babka szybko zapoznała klasę z zasadami oceniania, a w połowie lekcji zaczęli normalne zajęcia, od interpretacji tekstu o tolerancji. Dwie godziny męczarni przerwał zbawczy dzwonek.
~*~
Przebierały się na W-F. W tym czasie Michael i Amy zdążyły się poznać z niektórymi dziewczynami z klasy. W sumie nie było ich wiele, bo tylko siedem, a chłopaków aż dziesięciu. Revens poznała bliżej Elizabeth, piękną brunetkę o czekoladowych oczach. Wszyscy dla niej byli piękni, oprócz niej samej, zawsze patrzyła na siebie krytycznym wzrokiem.
Na wychowaniu fizycznym Michael czuła się jak podczas musztry. Półgodzinna rozgrzewka zmęczyła ją tak bardzo, że nie miała siły podejść na boisko, gdy nauczyciel zarządził mecz w siatkówkę. Sala była ogromna, mieściła się na tyłach szkoły i była świetnie wyposażona.
- Jak już wiecie, gdy klasa ma dwa WF-y pod rząd, nie macie przerwy. – Na tą wiadomość wszyscy jęknęli błagalnie. Byli zmęczeni, wymordowani i pozbawieni przerwy. Nie mogło być lepiej. – Zaczynamy grę w siatkę. Jest was siedemnastu, podzielimy was na 3 zespoły. Dwie drużyny po 6, a jedna będzie wybierała sobie zawodnika do gry.
Pan Woods mówił do nich oficjalnym tonem. Revens usłyszała dudnienie deszczu o szyby, zawsze fascynował ją ten dźwięk.
- Kapitanami będą chłopacy, bo z reguły grają lepiej od pań. – Na słowa nauczyciela Amy prychnęła.
- Jeszcze zobaczymy – burknęła.
Michael nie została wybrana do drużyny Loockwooda, za co z całego serca dziękowała pewnemu blondynowi, którego imienia nie zapamiętała, a który wybrał ją. Była zadowolona, mimo, że miał do wyboru ją, albo dość grubą Midney.
Drużyna, w której znajdowała się Amy i Loockwood była najlepsza, przegrała tylko raz, przez Bethany, która za każdym razem uciekała przed piłką. Revens szło bardzo dobrze, mimo patyczkowatej budowy ciała odbijała piłkę, jednak częściej podawała, bo przerzucać było jej ciężko, nie miała zbytnio siły. Była zwinna i szybka, toteż często ratowała grę, wybiegając poza pole i ratując piłkę. Sala wyłożona była gumową wykładziną, dlatego „rzucanie się” nie sprawiało dużego problemu i nie było bolesne.
Godzina wychowawcza była zbawieniem, pani Lynevien pozwoliła im odpocząć po wykańczającym wysiłku. Nie robili nic szczególnego, wybierali samorząd. Michael nigdy do tego nie ciągnęło, toteż siedziała cicho, za to Amy chętnie podjęła się posady przewodniczącej. W oczach Mi była idealna, wprost stworzona na przywódczynię.
- Remi, może pójdziemy jutro po lekcjach na kręgle? – spytała Amy, gdy wychodziły z Sali, aby udać się do szatni.
- Mała Mi nie udźwignie 7-kilowej kuli – wtrącił się Xavier, pojawiając się jakby znikąd, klepiąc Amy po plecach.
- Możesz przestać się tak do mnie zwracać?! – oburzyła się Revens, marszcząc brwi i zatrzymując się gwałtownie.
- Nie. – Zaśmiał się tylko i zobaczyła tylko jak znika, zjeżdżając po poręczy schodów z kolegami, którzy chichotali pod nosem.
- Czy on zawsze jest taki denerwujący? – spytała Michael, zabierając kurtkę z wieszaka.
- Niestety to Lockwood, oni mają to we krwi – westchnęła Amy. – To jak z tymi kręglami?
- Z chęcią pójdę – uśmiechnęła się.
Pożegnała się z Amy i ruszyła w drogę do domu.

Szła samotnie uliczką, aż nagle zaczepił ją, znajomo wyglądający, chłopak.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej aniołki :) Jest już 4 post :) Pragnę przeprosić za tą przerwę,a le nie miałam dostępu do mojego laptopa :C
Liczę na wasze komentarze :) Krytyka mile widziana, zwłaszcza, że popełniam masę błędów xD
Dziękuję Szalikowi za to, że czyta ten badziew (według mnie). :D Kocham Cię <3

Zapraszam do zakładki BOHATERZY, tam pojawi się wygląd Amy ^^

+ dodałam muzykę na bloga, jeśli macie ochotę to włączcie, jest u góry strony :3

niedziela, 10 sierpnia 2014

#3 Zmęczona.

Bez zbędnych początków…
TEN DZIEŃ BYŁ KATASTROFĄ.
Kupę i telefon jeszcze bym przeżyła, ale to ostatnie? Czy ja naprawdę nie myślę?! Faktycznie, szedł za mną przez 15 minut, co było bardzo podejrzane, tylko dlaczego zatrzymałam się akurat w tym miejscu…
Michael Revens przegrała życie wraz z narodzinami i prześladuję ją cholerny pech.
Tak powinien zaczynać się ten pamiętnik.
Michael…
Moja mama jest szwedką, ma przepiękne imię (Naomi). Pierwotnie miałam nazywać się Michaela, ale odjęła „a” dla jakiegoś popierdzielonego francuskiego akcentu!!! To „a” by mnie zbawiło, serio…
Dobra, narzekań na moje imię jeszcze się nasłuchacie, powrócimy do spraw szkolnych…
Klasa wydaję się być w miarę normalna…
Nie poznałam nikogo, bo moja aspołeczność wczoraj osiągnęła wyższy level.
Nie poznałam nikogo, oprócz Xaviera jakiegoś tam…
Idiota.
Kretyn.
Bardzo dużo epitetów mogłabym jeszcze wymyślać, ale szkoda mi długopisu.
„Mała Mi” ?!
165 to wcale nie mało!
Dobra, przestańmy o tym myśleć. Dla odprężenia wejdźmy na facebook’a!
Trzy zaproszenia do znajomych. Ciekawe jak mnie znaleźli :D Raczej po nazwisku, a  imię na pewno ich rozbawiło, jak wszystkich -,-‘’
Zobaczmy, kto to.
Bethany Smith. Pamiętam ją… To ta z burzą czarnych loków. Dalej. Elizabeth Mikaelson. Ciemnoskóra dziewczyna o przyjaznej twarzy i ładnym uśmiechu. Przyjmuję wszystkich, co mi tam. Ostatnią osobą jest jakiś David November. Bez profilowego. Zaryzykuję.
Dobra, kończę już. Zobaczymy, co przyniesie jutrzejszy dzień. Zostawiam was z rozpiską zajęć jakie mam jutro i tradycyjnie zdjęciem.  :)




 WTOREK
Śiwtlica/zajęcia dodatkowe
Matematyka
J.angielski
J.angielski
W-F
W-F
Godz. wych.


(te frytki były serio dobre :3 + nie, nie noszę już okularów.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej Aniołki! :) Jest już karta z pamiętnika :) Dalsza część opowiadania powinna pojawić się jutro po południu :) Liczę na komentarze :D
papa ;*

piątek, 8 sierpnia 2014

#2 Kupa, złośliwy telefon i turkusowy anioł.

Wrzesień rozpoczął się nieciekawą pogodą. Wychodząc z domu poczuła chłodny powiew na policzkach. Pierwszy krok za furtkę był dla niej najtrudniejszy zważając, że kilka metrów wcześniej weszła w psią kupę.
- Zapowiada się bajeczny dzień. – powiedziała sarkastycznie sama do siebie, wycierając ohydztwo o krawężnik.  
Nie wspominała wam, że uwielbia mówić do siebie samej? Szkoda, to naprawdę wartościowe monologi.
Venus Cove to naprawdę senne miasteczko. Kilkakrotnie rozglądała się w poszukiwaniu żywej duszy, ale najwidoczniej wszyscy wymarli. Do szkoły miała trzydzieści minut spacerem. Mama pocieszała ją, że na pewno wiele „dzieciaków” też nie będzie znało nikogo, ale do cholery to małe miasteczko, w którym jest jedyna szkoła średnia. OCZYWISTE, ŻE WSZYSCY SIĘ ZNAJĄ!
Westchnęła. Nigdy nie chciała wyjeżdżać. Zmuszono ją. Włożyła słuchawki w uszy i włączyła playlistę. Urządzenie losowo wybrało przybijającą piosenkę, idealną na tę okazję. Michael uwielbiała tę melodię. Idealnie wkomponowała się w jej marsz żałobny.

Now he's gone, I don't know why
Until this day sometimes I cry
He didn't even say goodbye
He didn't take the time to lie
Bang Bang




Ujrzała budynek placówki wraz z ostatnim “Bang Bang”. Przejrzała się w ekranie telefonu, stwierdziła to samo, co zwykle i pchnęła olbrzymie, częściowo przeszklone, drzwi. Korytarz był obszerny, zapełniony ludźmi, którzy ścisnęli się w okrojone grupki. Śmiali się, rozmawiali, po prostu się znali. Michael czuła się jak intruz, który chce się wcisnąć w środowisko.
- Tworzą własną watahę, nie powinno mnie tu być…- pomyślała i z tą smutną myślą udała się do szatni.
Szybko odszukała wzrokiem boksu „1 C” i zostawiła kurtkę na wolnym wieszaku. Wszyscy podążali w jedno miejsce – sala gimnastyczna. To tam miał odbyć się „wiec”. Zajęła grzecznie krzesełko z tyłu. Obok niej siadła dziewczyna, najwidoczniej ze starszych klas.
Zaczęło się. Weszło grono pedagogiczne, nauczyciele, a na czele dyrektorka. Była to pulchna kobieta, o przyjemnej twarzy i czarnych lokach. Przewodnicząca szkoły nakazała wprowadzić sztandar i potem zaczęło się paplanie. Michael myślała, że zaśnie, aż stała się najgorsza rzecz, jaka mogła się stać. Jak można było się spodziewać nasza „inteligentna” Michael nie wyciszyła telefonu.  Akurat była cisza jak makiem zasiał, a tą ciszę przerwał dźwięk głośnego pierdu (tak, pierdu, bąka czy jak to tam nazwiecie). Otóż już wyjaśniamy. Mich jest posiadaczką młodszej siostry, która wprost uwielbia psocić, między innymi zmieniając dzwonki wiadomości, połączeń i budzika. Dziewczyna chciała w tym momencie przestać istnieć, zapaść się pod ziemię, albo zginąć na miejscu.
- Levin powstrzymałbyś się! – zawołał jakiś chłopak z przodu.
- To nie ja! – oburzył się drugi chłopak, siedzący niedaleko Michael.
Jedynie dziewczyna, siedząca obok Revens uśmiechnęła się i puściła do niej oczko na znak, że zafundowała rozrywkę na początkowej ceremonii. Dużo osób zaczęło się śmiać w sali. Dyrektorka jednak opanowała sytuację i można było dalej prowadzić apel.
Po wszystkim rozeszli się do swoich klas.
Michael usiadła jak zwykle z tyłu. Patrzyła na osoby, które wchodziły do pomieszczenia i obserwowała, z kim będzie w klasie. Blondynka, wysoki rudzielec, gruba dziewczyna…Wszyscy mówili sobie „cześć”.
- Jestem świeżym mięsem. – stwierdziła w myślach.
Wszyscy wydawali się mili i sympatyczni, dopóki nie ujrzała jego…
Wszedł niczym posłaniec śmierci. Czarne włosy opadały mu na twarz, tworząc spektakularny efekt „lwiej grzywy”. Pełne usta, na których gościł kolczyk i sarkastyczny uśmieszek zaciekawiły dziewczynę. Patrzyła się dopóki jego turkusowe oczy nie spoczęły na niej. Odwróciła wzrok, udając że jest zainteresowana czymś za oknem.
- Witam, witam. – usłyszała piskliwy głos. To jej wychowawczyni. Wysoka, szczupła kobieta, na oko 40 lat, z krótko obciętymi włosami.
- Wydaje się nie groźna. – skomentowała w swojej głowie.
- Kochani, najpierw się przedstawimy…
Wszyscy zaczęli się przedstawiać. Fart chciał, Wychodziło na to, że Michael będzie ostatnia. Zaciekawiona spojrzała na „czarnego anioła śmierci”, gdy przyszła jego kolej. Siedział obok jakiegoś szatyna zadowolony z niewiadomo czego.
- Xavier Lockwood.
- Uczyłam Twojego brata, mam nadzieję, że nie pójdziesz w jego ślady, chociaż po wyglądzie…
Przyszła jej kolej. Wzięła głęboki oddech.
- Nazywam się Michael Revens. – oznajmiła dość cichym tonem.
- Jadłaś śniadanie? – spytała wychowawczyni, na co tylko wymusiła uśmiech. – Nie jesteś stąd? – Padło pytanie, a raczej stwierdzenie źle zintonowane.
- Nie. Moja rodzina niedawno się przeprowadziła.
Czuła na sobie wzrok owego chłopaka. Spojrzała w jego stronę, nawet nie raczył odwrócić tych gał.
- Co za chamstwo…- pomyślała.
Nauczycielka rozdała im plany lekcji i puściła wolno do domu.
Michael ubrała kurtkę i poszła jak najszybciej w stronę domu. Po pięciu minutach zorientowała się, że ów turkusowooki podąża za nią. Skręciła w wąską uliczkę, gdzie było mało domów, a on jak na złość szedł za nią. Poirytowana po 10 minutach wędrówki zatrzymała się pod wpływem emocji. Chłopak podszedł w jej stronę jakby nigdy nic. Zatrzymał się jednak przed nią i bez słowa gapił się.
- Przepraszam, masz jakiś problem człowieku?! – zapytała głośnym tonem.
- Mam taki problem, że tu mieszkam mała Mi, czy jak ci tam…- Zgrabnie ją ominął i otworzył furtkę, która znajdowała się centralnie za dziewczyną.
Michael stała jak wryta z wytrzeszczem na oczach. Znów chciała przestać istnieć. Zdążyła tylko zobaczyć jak znika za drzwiami swojego domu, po tym już mogła swobodnie wymyślać jak umrzeć.
- Jestem idiotką. – powiedziała głośno do siebie i ruszyła szybkim krokiem do domu, pragnąc aby ten dzień się skończył.
„Zbieg” okoliczności chciał, aby miała dzisiaj multum przypałowych sytuacji. Z pewnością zaliczyła te 24 godziny do najgorszych w życiu, a Xaviera Lockwooda do najgorszych ludzi. Co to miało znaczyć „Mała Mi”. To, że ma 165 wzrostu nie znaczy, że można się z tego tak bezczelnie naśmiewać.
- Idiota…- mruknęła zdejmując buty w domu.

Pobiegła na górę i postanowiła wyżyć swój gniew w pamiętniku.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć Aniołki! :3 Tutaj A.M.Black. Mamy już 2 post! :D Chciałabym prosić o opinię w formie komentarza, która bardzo, bardzo mnie zmotywuje do następnych notek :3 Jeśli nie masz konta google to nic! Istnieje opcja anonimowego komentarza :3 
Michael ma trudne życie :D Ehh...mam nadzieję, że pokochacie tę postać tak jak ja i zostaniecie z nią na dłużej, śledząc jej losy. 
Pozdrowienia misie ;*